Jak nietrudno zauważyć Hera jest przepełniona hybris, pewna osiągnięcia celu, zdeterminowana. Żądza, wstyd, nieopanowanie to cechy, które są przypisane Zeusowi. Kolejnym przykładem na wykazanie podobieństwa pomiędzy ludźmi a bogami jest mit o Prometeuszu. Prometeusz, tworząc ludzkość, chciał, aby była ona podobna do bogów.
1. Prometeusz stworzył ludzi i dal im co niezbedne jednoczesnie kradnac bogom ich rzeczy np. Zeusowi ogień za co byl ukarany. Pandora byla kobieta stworzana przez bogow - wiele bogow dawalo jej rozne atrybuty. 2. Prometeusz dobrze zbudowany mężczyzna, a Pandora piękna (dzieki Afrodycie) kobieta
Orzeł kaukaski (mitologia grecka) Orzeł kaukaski ( gr. Αετος Καυκασιος) – gigantyczny orzeł występujący w mitologii greckiej, będący synem potworów Tyfona i Echidny; według innej wersji miał być robotem z brązu skonstruowanym przez boga ognia, kowali i złotników Hefajstosa [1].
To bunt wobec zastanej rzeczywistości i Boga, jeśli bohater w niego wierzy. Bohater taki działa w samotności, jego poświęcenie jest indywidualnym wyborem. Prometeizm - realizacje w literaturze. Epoka tak skrajnie preferująca indywidualizm, jak romantyzm, w oczywisty sposób obfita jest w przykłady bohaterów o postawie prometejskiej
Prometeusz skowany. Prometeusz, dobroczyńca ludzkości, dla której ukradł bogom ogień, zostaje na rozkaz Zeusa za swój czyn przykuty do skał Kaukazu. Złamawszy odwieczny porządek świata i sprzeciwiwszy się nakazom władcy bogów, Tytan cierpi za swój szlachetny czyn w milczeniu i z godnością wszak gardząc tyranią i przymusem
Prometeusz przemycił ogień dla ludzi w kawałku drewna, z pozoru wilgotnym, ale w środku suchym. Nazywamy go dobroczyńcą ludzkości ponieważ nie dopuściłc do tego aby Zeus zabierał ludziom ich pożywienie, które mieli składać w darze. Nazywamy go także dlatego, że nie zważając na gniew Zeusa ukradł ogień i dał go ludziom.
. Bez znajomości greckich, rzymskich czy jakichkolwiek innych mitów można spokojnie wieść życie. Niemniej jednak uważam, że niekiedy znajomość ich ułatwia codzienne życie i stawia nas w lepszym świetle w oczach innych. Tak naprawdę my, jako ludzie XXI wieku nieraz mamy wiele wspólnego z tymi mitologicznymi postaciami czy o Prometeuszu, który możemy odnaleźć w mitologii greckiej, był i nadal jest źródłem zainteresowania i fascynacji dla wielu artystów, naukowców czy badaczy wszystkich późniejszych epok. Jego treść ma charakter ponadczasowy i tak naprawdę można go przypisać do wielu sytuacji z życia codziennego, ale także do wydarzeń historycznych czy nawet społecznych. Prometeusz jest uważany za ojca kultury i cywilizacji, właśnie dzięki niemu powstało życie na ziemi. Dość często jest kojarzony z wiarą, ludzką godnością i niezależnością od innych, ale także z wielkim cierpieniem i bólem w imię wyższych celów. Postawa Prometeusza jest oznaką ludzkiego buntu przeciw bogom. Pokazuje, że ludzie potrafią być aktywni, sami działać w celu poprawieniu swojej sytuacji życiowej w różnych aspektach. Prometeusz sprzeciwia się bogom i staje po stronie człowieka. Jego postawa ma inny, wyższy wymiar w porównaniu do innych mitologicznych bohaterów. Rowiński w swoim utworze pokazuje, że właśnie Prometeusz był wzorcem dla romantycznych twórców oraz to, że romantyzm był jego epokom. Autorowi prometeizm, w szczególności ten romantyczny kojarzy się przede wszystkim z poświeceniem się jednostki dla innych i wiarą, że każdy człowiek jest zdolny do poświęcenia się, silny czy też kreatywny. Według Rowińskiego romantyczny prometeizm ma wiele wspólnego z tytanizmem ze względu na to, że każda sytuacja potrzebowała tak naprawdę nowych Prometeuszy, którzy byli zdolni do podjęcia próby zmiany świata. Autor uważa również, że ten prometeizm łączy się z rewolucjonizmem, który opierał się przede wszystkim na buncie wobec zgadzam się ze stwierdzeniem, jakie stawia Cezary Rowiński w swoim tekście. Prometeizm w romantyzmie widać w szczególności w dziełach polskich twórców takich jak Adam Mickiewicz czy Juliusz Słowacki. W III części „Dziadów” Mickiewicza Konrad uważa się za jednostkę, która może stanąć na równi z Bogiem. Jego chęć poświęcenia się za ojczyznę i uratowania narodu z niewoli wybrzmiewa już pod koniec pierwszej sceny, zwanej „Więzienną”, gdzie wygłasza swoją małą improwizację. Z jego ust wybrzmiewa wtedy, że zemści się na carze czy to przy pomocy Boga, czy też bez niej. Jeszcze większą chęć pomszczenia narodu da się wyczuć w drugiej scenie dzieła zwanej „Wielką Improwizacją”, gdzie Konrad uważa się za wybitną jednostkę, która jest w stanie ponieść cierpienie za cały naród. Próbuje postawić się na równi z Bogiem, chce, żeby On dał mu, chociaż część swojej władzy po to, aby on mógł wyzwolić naród. Uważa się „za milion”, bo jest gotów poświęcić się za innych. Kiedy próbuje obrazić Boga, chcą nazwać go carem, pada. Ten upadek pokazuje jego słabość, niemoc w zbawieniu całego narodu samemu. Jego postawa pokazuje, że nie zawsze człowiek sam jeden jest w stanie uratować innych, niekiedy to cierpienie trzeba rozłożyć na wiele Słowackiego przyjmuje postawę Winkelrieda, który oddając siebie za ofiarę, jest w stanie uratować naród. W przeciwieństwie do Konrada Mickiewicza nie walczy z Bogiem. Kordian prowadzi wewnętrzną walkę ze sobą, chce wyzwolić naród poprzez morderstwo na Mikołaju I. Pomimo rozterek wewnętrznych, które go męczą, podejmuje się próby zabić cara, ale jego dość słaba psychika uniemożliwia to. Tutaj szatan próbuje podważyć wartości wyznawane przez Kordiana, jakimi była wiara w Boga. Ten utwór pokazuje nie do końca przemyślany sposób walki o wolność. Jedna osoba nie jest w stanie wyzwolić całego narodu, ponieważ jest na to najczęściej za słaba psychiczne. Mit o Prometeuszu jest przede wszystkim kojarzony z dziełami romantycznych twórców takimi jak Mickiewicz czy Słowacki. Niemniej jednak odzwierciedlenie tego mitu odnajdziemy w wielu dziełach plastycznych czy filmowych innych epok. Prometeusz jest postacią ponadczasową, ponieważ odzwierciedla wartości, zachowania, a przede wszystkim poświęceniu i dążeniu do wolności, postępu czy zmiany biegu historii.
obejrzyj 01:38 Thor Love and Thunder - The Loop Czy podoba ci się ten film? “ Szeptałem ludziom do uszu od początku waszego istnienia. Patronuję waszej ciekawości, potrzebie eksploracji nowych terenów, waszej wynalazczości. Pomóż mi cię ocalić, Percy. Zrób to, a dam ludzkości nowy prezent – nowe odkrycie, które popchnie was do przodu tak szybko jak ogień. Prometeusz – tytan rozsądku i dobrej rady, brat Atlasa. Ulepił z gliny pierwszych ludzi i nauczył ich wielu ważnych rzeczy. Po tym jak wykradł bogom ogień i podarował go ludziom, Zeus ukarał go przykuciem do skały, gdzie orzeł wydziobywał mu wątrobę. W końcu uwolnił go heros Herakles. Prometeusz kradnący Hestii ogień. Historia Stworzenie ludzi Prometeusz ulepił ludzi z gliny. Pokochał ich, ale tytani patrzyli na to krzywo. Jedni uważali, że ludzie są bardzo śmieszni, ale żyją bardzo krótko. Jeszcze inni widzieli w nas wstrętne gryzonie. W wojnie bogów z tytanami stanął po zwycięskiej (według niego) stronie, czyli lojalnie wspierał bogów. Gdy bogowie przejęli rządy na świecie, myślał, że pozwolą mu dać ogień ludziom. Tytan myślał, że wtedy wyjdziemy z jaskiń, staniemy się bardziej samodzielni, będziemy upodabniać się do samych bogów. Tak więc mężczyzna spytał Zeusa o zgodę. Król bogów stanowczo odmówił. Stwierdził, że to najgorszy pomysł, o jakim słyszał. Prometeusz jednak nie dawał za wygraną. Chciał wykraść bogom ogień pod ich nieobecność. Ale istniał jeden problem. Mianowicie Hestia. Ta bogini przez całą dobę pilnowała ognia, więc nie było mowy, by Tytan ukradł ogień, a ona tego nie zauważyła. Prawdopodobnie Hestia usłyszała historię Prometeusza i zlitowała się nad nim. Tak więc mężczyzna ukradł kilka węgielków i pokazał ludziom, jak rozpalić ogień. Poszło po jego myśli – ludzie zaczęli się rozwijać, budować miasta. Zeus o tym nie wiedział, lecz pewnej nocy król bogów wyszedł na balkon. Zobaczył czerwone plamki i dym unoszący się z ziemi. Od razu zrozumiał, co się stało. Znalazł Prometeusza i przykuł go do skały Kaukazu, gdzie orzeł codziennie miał mu wygryzać wątrobę. Każdego dnia wątroba tytana rosła na nowo i każdego dnia orzeł ją jadł. Potomek Nikt nie wie jak, ale Prometeusz, mimo iż był spętany, spłodził dziecko. Był to chłopiec, i był on zwykłym człowiekiem. Miał na imię Deukalion i był królem Tesalii. Gdy Zeus rozzłościł się na śmiertelników do tego stopnia, że chciał ich wszystkich utopić (kazać deszczu padać bez końca), Prometeusz w jakiś sposób się o tym dowiedział. A ponieważ jego syn wraz ze swoją żoną Pyrrą byli dobrymi ludźmi – szanowali poddanych i składali ofiary bogom – chciał ich ochronić. Ostrzegał go we śnie, mówiąc: Nadchodzi powódź! Zbierz zapasy do największej skrzyni, jaką zdołasz znaleźć! Pośpiesz się!. Deukalion powiedział o tym żonie, a także kilku sługom. Ci jednak uznali, że ich król zmyśla i nie usłuchali ostrzeżenia. Syn Prometeusza znalazł drewnianą skrzynię i zapełnił ją jak największą ilością pożywienia. Następnie wraz z żoną weszli na dach, skąd zabrały ich wzbierające wody. Płynęli oni po nich na skrzyni do momentu, aż poziom wody opadł. Wygląd “ Mężczyzna w smokingu wystąpił do przodu. Był wyższy od przeciętnego człowieka – mierzył nieco ponad dwa metry. Czarne włosy miał spięte na karku. Jego oczy osłaniały okrągłe ciemne okulary, ale moją uwagę zwróciła skóra jego twarzy. Cała pokryta zadrapaniami, jakby zaatakowało go jakieś małe zwierzątko z pazurami – jakiś naprawdę szalony chomik. Miał szare oczy i czarne włosy oraz jedwabisty głos. Według Percy'ego wyglądał na człowieka uczciwego, łagodnego i mądrego, zaś Groverowi przypominał magika. Osobowość Był opiekuńczy i troskliwy przez co żal mu było biednych ludzi, jednak nie lubił przegrywać. Sprawiał wrażenie wyrozumiałego dla Percy'ego i innych herosów walczących po stronie bogów olimpijskich a nawet podziwiał ich trud i determinacje w obronie Manhattanu i Olimpu. Był kreatywny, jako że jego dokonaniem było stworzenie ludzi. Ciekawostki Jak stwierdził w Ostatnim Olimpijczyku, był po stronie Kronosa, ponieważ zawsze stawał po zwycięskiej stronie, jednak gdy król tytanów przegrał, Prometeusz uciekł z pola bitwy i napisał list, w którym starał się udobruchać Zeusa. Po tym jak został uwolniony przez Heraklesa twierdzi, że ma słabość do herosów. W Ostatnim Olimpijczyku twierdził, że spotkanie z Percym to dla niego zaszczyt. Wedle mitologii przypisuje mu się nauczenie ludzkości rozniecania ognia, bronienia się przed dzikimi zwierzętami; pisania, czytania, liczenia; budownictwa, budowania statków, żeglowania, nawigacji i astronomii; medycyny; wieszczenia i wróżenia ze snów, lotu ptaków i wnętrzności zwierząt ofiarnych; tworzenia sztuki oraz objaśnienie istnienia i zasad następowania po sobie pór roku, uprawy roli; ujarzmiania i tresury zwierząt oraz istnienia bogactw skrytych w ziemi i obróbki żelaza, miedzi, srebra i złota.
WESELE PROMETEUSZA Wśród niewielkiej cząstki ludzkości, ktora zna imię Prometeusza i wie, kim on był za młodu, powszechnem prawie jest mniemanie, iż ten wykradacz ognia niebieskiego przykutym był z woli bogów do skał na Kaukazie. Nikt jednak dowodu na to nie przytoczył. Nikt też nie widział onej skały, do której był rzekomo przykuty, ani nawet ogniwa z łańcucha, krępującego jego boskie członki. Rzecz się sprowadza, jak każde podanie, tradycją poparte jeno, do wątpienia: Mógł być przykuty tam, albo też gdzieindziej. Wiele zaś przemawia za tem, iż Prometeusz przykutym był w Tatrach — do Gewontu. Tu bowiem wszystko się działo. Z Tatr Pan Bóg na świat swój patrzał zaraz, po stworzeniu i cudował się sam sobie, że go tak pięknie uzdajał — tu stworzył naszych rodziców, Adama i Ewę — tu był ów Raj, o którym do dziś tyle gadek chodzi — tu się Paniezus urodził, naski i żydowski... Tak prawił stary Sabała, gazda świadomy rzeczy, wiarogodny. A i z bogami coś Grecy pocyganili — wiadomo, handlerski naród. Bo gdy na Olimp Spółka berlińska wnet tramwaj wyprowadzi, iżby cały świat mógł widzieć dowodnie, że tam pustka — tu w Tatrach, wiemy, są siedliska bogów niedostępne dla najbardziej zwarjowanych turystów. Tu też podziśdzień boginki się plączą: — stary kościelny (już nieboszczyk) móglby był przysiąc, iż widzial ją na własne oczy, jak prała chusty w potoku, piersi zarzuciwszy sobie na ramiona... No, nie dziwota — postarzeć musiały się setnie — tyle wieków... I wreszcie fakt znamienny. Któryś z raubszyców, Krzeptowski czy Gąsienica, zastrzelil nad Krzywaniem Sępa... Wiadomo, w Tatrach Sępów niema. Mógł być tylko jeden, który wyjadał serce Prometeuszowi — I ów sęp, wypchany, znajduje się dziś w Muzeum Tatrzańskiem, co każdy może na swoje oczy sprawdzić. A jeśli te dowody jeszcze nie wystarczające, niechże je poprze poniższa opowieść, której prawdziwości nikt chyba z ludzi, cokolwiek znających się na prometeizmie, nie zdoła letko zaprzeczyć. I. Pewnego odwieczora szła doliną Strążyską panna Irys z Warszawy... Imię to sama sobie nadała z uwielbienia dla poezji, w której podówczas panowały irysy, orchideje, nenufary i inne kwiaty z wyspy Ceylon. Papa jej wprawdzie, jako kupiec, tylko kawę stamtąd sprowadzał, lecz — panna Irys wykwitła, można rzec, ponad prozę życia i do poezji egzotycznej czuła wielki pociąg. Czuła też pociąg do poetów. Lecz „prawdziwego“ poety, o jakim marzyła, dotąd niestety nie spotkała w życiu. Więc melancholją cała byla przesiąknięta i mówiła smętnie, że umrze na suchoty. A że znów papa tem się gryzł i żółkniał, jeździła co rok do Zakopanego. Zatem pewnego odwieczora szła doliną Strążysk i myślątkami smętnemi bawiła się, jak paciorkami różańca. Szła w głąb doliny bez zamierzonego celu i zwolna zbliżała się ku Gewontowi. Z obu stron drogi wydźwigiwały się z czarnej omroczy smreków potworne skalne postacie. Stały w ruchach zakrzeplych groźne, wyniosłe, zasępione. Słońce, zapadające za wierchy, rdzawiło je odblaskiem, rzeźbiąc wyraziście ich martwe, zastygłe rysy. Nie widziała tego wszystkiego panna Irys, paciorkami myśli swych zajęta. Choć owszem lubiła góry: jako piękna dekorację do swej melancholijnej postaci. I lubiła też sama zapuszczać się w doliny znajome; czuła się tam jakoby na scenie wobec niewidzialnej widowni. Zżyła się tak już z rolą swoją, że i myśli układała odpowiednio do oczu, twarzy, całej swej irylsowej łodygi. Idac, myślała o tem, jakie to życie jest nudne — jacy to ludzie niewdzięczni — jaki to — ten pan, co w pensjonie przy stole naprzeciw siada, jest zarozumiały jak w tem Zakopanem pusto — jak jej w tym kapeluszu musi być do twarzy — i jaka szkoda, że nikt jej teraz, tak nieszczęśliwej, nie widzi. Zbliżała się właśnie do ściany Gewosntu. Podniosła oczy wilgotne... i z gardziołka jej wyrwało się zdziwienia, zachwytu pełne: — Ach! — I ciszej już, radośnie rzekła: — Prometeusz! A Prometeusz, który właśnie ziewał, przyciął zęby i stropił się niepomiernie. — Ależ... pan przykuły! — zawołała z prawdziwem współczuciem. — Nie... ja... właściwie... — jąkał Prometeusz. — To jest... łańcuchy rdza przegryzła... — Więc pan związany? Biedny... Ja pana uwolnię! — rzekła rezolutnie i szybko, nim Prometeusz się opatrzył, poczęła rozplątywać więzy. Powrozy były od deszczów stwardniałe, więc ząbkami sobie pomagała i mówiła przytem w podnieceniu: — Ale to pan musiał cierpieć strasznie!... I nikogo pan nie miał... Tak sam... w tej pustce... — Miałem... Sępa — szepnął oszołomiony Prometeusz. — I to jeszcze do tego! Ach!... Podjęła rękę jego z więzów uwolnioną i szybko pocałowała. Prometeusz wyrwał dłoń, strwożony. — Niech pan nie broni... To nie dla pana, tylko dla jego bólu... — mówiła z przejęciem szczerem. Resztę więzów Prometeusz, zawstydzony jej dobrocią, sam wolną ręką pomógł już rozplątać i wkrótce stanął, uwolniony. Ukłonił się niezgrabnie w podzięce — i poszli razem na dół doliną Strążyską. Panna Irys teraz z ciekawością rzucała nieznaczne, szparkowe wejrzenia na postępującego obok niej Prometeusza. Zauważyła, że rysy ma ładne, jeno schudł nieborak strasznie. Przytem ten ubiór niemodny... Ale to się da naprawić — pomyślała w duchu. — Zresztą wcale... wcale... — taki milczący? — Ja? — wyjąknął, strwożony. — Myślę, jaka pani dobra... Panna Irys zarumieniła się zlekka, zadowolona. — Oh, nie mówmy o tem, proszę... Niech mi pan wierzy, że dla każdego uczyniłabym tosamo. Nie mogę patrzeć na cierpienia... — Kiedy ja... właściwie... — jąkał Prometeusz i w myśli dokończył, rozumiejąc, iż glośno wyrzekł. długiej nie odróżniał już myśli od mowy. I dalej postępowali w milczeniu. Panna Irys wysilała swój umysł, iżby powiedzieć coś bardzo głębokiego, coby Prometeusza zachwyciło, ale napróżno mozolila główkę — nic nie mogła umyślić. To ja zaś niepokoiło, a wreszcie i gniewało, iż on szedł obok niej, a zdawał się czem inszem mieć głowę zajętą. — Spocznijmy chwilkę — rzekła, siadając na jednym z głazów, które walały się w piargu koło drogi. Prometeusz posłusznie usiadł obok. — Jak tu pięknie! — szepnęła po chwili, zatopiona, zda się, cała w zachwytnem zamyśleniu. — Tak — odszepnąl grzecznie Prometeusz. — Ach, jak ja kocham piękno! — mówiła glosem melodyjnym. — Nic poza tem na świecie mię nie zajmuje. A zwłaszcza góry... Ach, wiecznie chciałabym tu mieszkać! Spojrzała przymglonym wzrokiem na Prometeusza i zauważyła w jego oczach zdziwienie wdzięczne i zachwyt. Więc tembardziej zatopiła się w zadumie i, jakby przez sen zachwytny, mówiła: — Co za rozkosz tak bujać, jak orly ponad wierchami... zdaleka od gwaru ziemskiego, od ludzi... i żyć tylko wśród piękna, które nas otacza... Przez mgłę dojrzała w oczach jego już tylko zachwyt szczery. Tlumiąc zadowolenie serca, spytała tęskno: — Pan tam, mimo tych cierpień, musiał być szczęśliwy... I popatrzała mu w oczy. ,— Tak... czasem — odrzekł spłoniony Prometeusz. — To jest... śniłem o szczęściu... — Tak patrzeć z wysokości na cały świat... na ludzi... — Właściwie, to... Namyślał się, niezwykniony do słów, jak uprzystępnić swoje skromne wnętrze przed tą piękną, poetyczną duszą. — Właściwie wszystko, co... myślałem, odnosiło się do ludzi... Nie mogłem o nich zapomnieć, mimo... sępa. A może właśnie... przez niego. Przyznam się pani... chciałem się przemóc, zdusić ten ogień święty... Lecz ogień nieśmiertelny. Sain dłońmi swemi wyniosłem go z Olimpu... — Ach! słyszałam — rzekła z podziwem panna Irys. — Wiele o panu pisali... I przyznam się panu szczerze, że czasem te pochwały zdawały się mi przesadne. Ale jak pana poznałam... — Cóż ja... zaprawdę nie zasłużyłem — jąkał, wzruszony. Po chwili jął się znów spowiadać. — A drugą myślą, która mię nie opuszczała, to sęp... Z początku złorzeczyłem bogom i myślałem o nim ze strachem... później z goryczą... a potem z pewną sympatją... a nawet, przyznam się, tęskniłem za nim... — Ach, ja pana rozumiem... — szepnęła ze współczuciem. — Gdy go długo nie było widać, wzywałem go. Nie dziw — karmił się moją krwią serdeczna. Byliśmy niejako krewni. — A ta rana... Pokaż mi pan tę ranę! Odkryj się, jak przed siostrą. — Niech pani przebaczy, nie mogę teraz... może później... Milczeli oboje czas jakiś. Prometeusz, wzruszony jeszcze, począł: — Co najboleśniej rani, to właśnie jest drogiem... drogo przez ból kupionem, przez ten ogień. Sto kar niechby podobnych... skradłhym jeszcze! Miłość przemienia. — Och, miłość!... — szepnęła marzaco panna Irys. — Nieraz, gdy noce czarne przyszły i, jak daleko okiem sięgnąć — a ze sępiej swej wyżyny przebiegać mogłem obszar wielki — nigdzie światełka... Wówczas rozpalała się rana mego serca i, jak ognisko rubinowe, świeciła w pustce zmroczniałej. Czułem się latarnia zbawczą dla pielgrzymów, zawieszoną u wysokiej skały. Stał się wielce wymownym, aż panna Irys z nieukrywaną radością przerwała: — Ja czułam, że pan musi być poetą! Prawda, że zgadlam? — Niestety — odrzekł, stropiony — nie pisałem wierszy. Mogłem tylko śpiewać pieśni o swoim... sępie. — Właśnie, o sępie. Ja to gdzieś nawet czytałam. Pan jest prawdziwy poeta! — Oh, pani — bąknął zawstydzony Prometeusz. I znowu milczeli chwilę. — Jak to dziwnie los kieruje... — rozpoczęła tym razem panna Irys. — Zawsze lubiłam chodzić w tę dolinę. Jakby przeczucie jakieś mię tu wiodło. A dziś tom szła jak we śnie, jakąś siłą tajemniczą pchana... i coś mię ciągnęło w głąb... ażem spotkała pana. — To dziwne... — rzekł podobnie wzruszony Prometeusz — bo i ja... jakbym się pani spodziewał. Nieraz patrzyłem tęsknemi oczyma nadół... a widziałem cię w myślach... Pani mi już oddawna znajoma. Spuściła rzęśnie powiek i patrzyła ku ziemi na nos wysuniętego bucika, oczekując dalszych wynurzeń. Lecz Prometeusz zająknął się, jak student przy pierwszych oświadczynach, i przerwał, zakłopotany. Wtedy panna Irys, jakby nagle zbudzona z zadumy, podniosła się z westchnieniem z kamienia. — Już wieczór!... Co tam w domu powiedzą! Musi mię pan odprowadzić. Skłonił się w milczeniu — i poszli wespół otwartą doliną. — Jakiż pan małomówny! — rzekła panna Irys niejako z wyrzutem, gdy uszli spory kęs drogi, nic nie mówiąc. — Przepraszam... odwykłem od towarzystwa... zdziczałem — sprawiał się, jąkając znowu, Prometeusz. — My pana oswoimy! — szepnęła ciepło i wejrzała nań bokiem litośnie, uśmiechając się do serca swego. Właśnie wychodzili z doliny na przestrzeń rozwartą. Prometeusz zatrzymał się nagle, popatrzał z trwogą przed siebie, a potem zwrócił spojrzenie w dolinę, długie, ociągające się i jakby wyczekujące. — Co panu? — z przestrachem spytała. — Nic... mój sęp... Panna Irys żachnęła się niecierpliwie, lecz, nie okazując głosem irytacji, rzekla z przyjazną perswazją: — Niechże się pan już nim nie trapi! Dość się pana nagryzł! Kto widział tak się poddawać... I to Prometeusz!... No, nie smęcić się! — dodala cieplej i ujęła jego ramię. Niepokój gasł w jego oczach i nikło jego osępienie pod ciepłem jej słów serdecznych. Bezwolnie postępował obok wśród mroczniejącej już równiny. — Niechże mi pan da rękę... Tak tu dziko... Spełnił rozkaz posłusznie. — A więc ten sęp wciąż pana straszy... Brzydkie ptaszysko! Doprawdy, jestem zazdrosna. Ani jednej uwagi dla mnie. Cała myśl tam — przy Gewoncie... Nie, tego nie zniosę! — mówila w naiwnem zadąsaniu. — Sępa każę zastrzelić... — O! — Tak, z zazdrości, zapowiadam... A potem weżmiemy się do pana Prometeusza!... Ranę wyleczymy... smutkowi nie damy przystępu... — Zatem nowe więzy? — rzekł żartobliwie. — Jedwabne... Trudniejsze do przerwania... — O bogowie! Niezmienne są wasze wyroki... II. — Kochasz? — Kocham! — Powtórz jeszcze... — A więc: kocham! kocham! kocham!... — Mój złoty... — Iry moja... Siedzieli na ławeczce, splecionej z białych palików brzozowych — w parku. Dokoła nich i w nich jaśniało słoneczne rano. Byli od paru niedziel zaręczeni. Długo opierał się temu ojciec panny, nie chcąc mieć, jako kupiec solidny, za zięcia człowieka o zgoła niepewnej przeszłości, bez stałego miejsca zamieszkania. — Nieznane nazwisko... — Ależ tanku! Cały świat mówi o nim... — Coś słyszałem, ale... — Jakby to papie powiedzieć... On zeksproprjował ogień, na który Olimp miał monopol! — Sprawa nieczysta, znaczy się... — Ale-ż najczystsza w świecie! Nie dawał się przekonać. Dopiero, gdy panna Irys, zużywszy przy pomocy ciotek wszystkie sposoby, sposobiki, oświadczyła, że umrze, rad nierad musiał się zgodzić; nie wcześniej jednak przyzwolił na zaręczyny, aż Prometeuszowi za jego staraniem przyobiecano posadę w banku. Teraz wolno im było publicznie okazywać sobie milość, całować się, pieścić spojrzeniami, chodzić we dwój do teatrów, jak i do kwietnych od strojnych kapeluszy parków. Prometeusz nie z odpowiednią ochotą to czynił. Miał jeszcze jakieś onieśmielenie przed ludźmi, pozostałe z pustelniczego okresu, i nowo rodzącą się, w miejsce dawnej, bezkrytycznej a stanowczo zamierającej, do ludzi milości, jakąś niejasną niechęć do nich, gdy się im przyzierał zbliska. Lecz panna Irys gwałtownie pragnęła ukazywać się z nim razem na oczach ciekawości ludzkiej. — niech widzą, niech żółknieją z zazdrości przyjaciółki, że Prometeusz jest jej narzeczonym. Z niemałym bowiem trudem do tego wreszcie zdążyła. Siedzieli więc obok siebie na Ławeczce, osłonionej krzewami bzu, i obyczajem narzeczonych darzyli się uśmiechami i jasnością ócz rozszcześliwionych. — Jakiś ty śliczny! — wyszeptała w uniesieniu, spodziewając się dla siebie conajmniej podwójnych zachwytów. Lecz Prometeusz nie douczył się jeszcze podręcznika dla narzeczonych, gdzie na końcu są odpowiednie rozmówki. Posiadał dotąd w tej kwestji elementarną tylko wiedzę. Zatem milczał, uśmiechając się grzecznie w podzięce, a przytem nie zauważył, jakoby w słowach przesadzała. Istotnie, w modnem ubraniu, o zaokrąglonem już i zaróżowionem nieco obliczu, gdy, przechodząc ulicą, przezierał się w szybach, widział, że nie wyglada gorzej od pięknego z najdroższego bazaru subjekta. — Mój Promuśl... szepnęła, pieszcząc oczami jego wyładniałą głowę. Prometeuszowi niemiłe zabrzmiało w uszach to zdrobniale urobione imię. Uczuł pewien wstyd i jakoby zawinienie pewne wobec... sępa. Spoważniał i myślą przeniósł się do swoich gór. Gdzie on też teraz?... Pewnie z tęsknotą krąży ponad skałą — a skała pusta... Zmęczony kołowaniem, siada na cyplu skalnym i głodny wzrok puszcza wdół po wancie, gdzie tkwi jeszcze rdzą przegryzione ogniwo... — Gdzież tak daleko patrzysz? — zagadnęła go Irys, nachylając się przed jego oczy. Popatrzył poważnie na nią, jakby nie słyszał pytania. — Cóż tobie? — rzekła już zaniepokojona. — Patrzysz na mnie, a nie widzisz mnie. Obudź-że się! — Wydaje mi się, jakobym był zbiegiem...rzekł powoli. — Nie rozumiem cię. — Tak, tak... — Żeś się wyrwał z tych więzów?... — Czym powinien był... — Ależ rzecz prosta. Czyś nie cierpiał? Któż dobrowolnie chciałby mękę znosić? I za co? Za jakie grzechy? Masz się też jeszcze czem trapić! — Zapewne... tak... cierpiałem... lecz... — O cóż ci idzie? — Słuchaj, Iry... Chociaż — cóż mówić... — Ależ mów! proszę... — Czy ty nie będziesz mieć nic przeciwko temu... to jest... nie tak... — No mów-że! drogi... — Czy ty zrozumiesz mnie, jeżeli... — Całem sercem będę chciala... — Jeżeli czasem wrócę Gdybyś ty wiedziała, jakie:tam mialem sny!... z Gewontu... — Ależ drogi! — najchętniej! — sama pójdę z tobą... Wiesz przecie, jak ja kocham góry. Ach! Zakopane! Nienawidzę miasta. Będziemy chodzić razem w to miejsce... pamiętasz? Będziemy sobie przypominać. Będziesz mi opowiadał o swoich tam snach — i o tym... sępie. Gdybyś wiedział, jak ja go nienawidzę... — Iry! — Nienawidzę go za to, żeś tyle przez niego cierpiał... — Kiedy on mi drogim... był. — Cóż cię teraz obchodzi? Nie myśl o tem. Nie wracaj. Myślałam, żeś się już naz na zawsze pozbył tej myśli dręczącej... Że jak będziesz miał mnie... Chyba, że się nie czujesz szczęśliwym... — Iry... — Bo pocóż wracałbyś do tego, co cię żarło. — To jest rzecz... widzisz, trudno wytłomaczyć... Coś każe dawać się w ofierze... jakaś odpowiedzialność wobec trybunału, który jest jakoby wewnątrz nas — i sądzi... Nigdzie ucieczki od tych sądzących oczu... — Ucieknij, schroń się ku mnie... — Tak... gdy w twoje jasne oczy patrzę, tracę ten wzrok sądzący... Lecz wstaje znów niepokój we mnie, jakby jakoweś zawinienie... — To nerwy, wierz mi, to tylko nerwy. Zżarła cię ta męka, ten... ten... sęp! — I wiesz... Hm, spowiadam się tobie, jak duszy swej... — Twoja! — rzekła ciepło, przytulając się wdzięcznie ku niemu. — Jest jeszcze jedno, co mię niepokoi... Nie czuję już w sobie tego żaru — od ognia, który bogom wydarłem... — To ten ogień, co z Olimpu?... — Tak — miałem go w sercu... — Toż to piekło! — Piekło i raj... Wszak to ogień boski. Trwożę się, żeby nie zgasł... — Nie zgaśnie, jak ci o to chodzi... — Na pustce rozżarza się, jakoby od wiatru, a pośród ludzi przygasa, a przecie ja go dla ludzi... — Co cię ludzie obchodzą? — Teraz mniej... I to mię również niepokoi. — Ach te niepokoje wieczne?... Zabij je w sobie, zniszcz, odpędź — nie daj do serca przystępu... — Hm... — tak powinien mówić mój wróg. — No nie! Ja tak tylko... Nie myślałam wcale... Promuś! Zesmutniał i zwiesił głowę (Dlaczego znowu „Promuś“?) — Mówiłam ci przecież, że chętnie pójdę z tobą — tam i wszędzie, gdzie zechcesz. Ale jeżeli miałabym ci być kulą u nogi, wolałabym... wolałabym... — No, Iryś... cóż znowu... skądże to przypuszczenie?... Łzy? Na Boga, lry... bo zcałuję. — Ja tak góry kocham (przez ciebie), a ty mi ciągle wyrzucasz... — Nic nie wyrzucam. — Z ludźmi pozrywałam (dla ciebie) i u nikogo nie bywam... Prometeusz zdziwił się tym jej słowom, zastanowił się nieco, lecz wnet wątpienie jego się rozwiało, gdy pomyślał: „Musi tak być zaiste, skoro tak mówi. Zapewne już u nikogo nie chce odtąd (ze względu na niego) bywać“. Z wdzięcznością rzekł: — Dziękuję ci. Nie wymagam przecie, Iry, żebyś ze względu na mnie oddalała się od ludzi. Mój świat — to pustka... — A czy nie uciekalam od ludzi ku tej pustce, nim cię jeszcze znałam?... Czym nie szła ku tobie naprzeciw? — Prawda... — To też i teraz twój świat będzie moim. — Iry najdroższa! — Będę z toba włóczyć się jak mgła — po wierchach — ponad urwiska, przepaście... — Słonko moje! — Ach Tatry!... Nieraz śniłam, że chodzę z toba po tych turniach, żlebach, krzesanicach, a ty mi opowiadasz o skarbach tam zaklętych, o zbójnikach... — Kochasz ten świat bajeczny? — Niewymownie! — Pójdziemy w ten świat, Iry... — Tylko, mój drogi, mój złoty, zaraz po ślubie nie wypada. Za blisko. Po ślubie pojedziemy do Włoch. Albo nie. Do Włoch wszyscy jadą. Nawet Stacha z mężem — choć jej ojciec robi tylko w detailu. Gdzieś, gdzie rzadko kto od nas... do Szwecji! albo Norwegji! Ach fiordy! fieldyl Jak ja kocham fieldy! To musi być coś wspaniałego. Dobrze? — Wszędzie z tobą!... — Albo wiesz, gdzie? Na Krym. Tam podobno drugi Neapol... cyprysy!... Tylko, że tam znowu — blisko Kaukaz... Wszędzie te wstrętne góry... chciałam powiedzieć: te miejsca, co cię tak... wzruszają. Chociaż ty na Kaukazie nie byłeś? jak mówią... — Stare dzieje... — Prawda? Uśmiechnął się w odpowiedzi. — Drogi powiedz mi co wesołego o tym... sępie. — ? — Musiało zabawnie wyglądać, jak tak zlatytywał... i karmił się... co? Prometeusz nagle sposępniał. — Wiesz... ja go już kazałam zastrzelić. — Co?! Uniósł się. Lecz zaraz pomyślał: „Ja sam tylko mogę go zgładzić“. A ona: — Możesz mnie zabić za to. — Iry! — odrzekł już rozpogodzony — mówisz jak dziecko... — Bo ja... wszystko dla ciebie! — Znowu łzy?... Iryś? Całowal ręce jej, włosy, oczy — aż uśmiech na ustach jej zakwitnął. — O, widzisz, tak najpiękniej. Nie gniewasz się już za tego Sępa? — Nie. Lecz, proszę cię, nie mówmy o nim. — To ty nie myśl o nim — Już nie myślę. — Albo wiesz... Ale nie śmiem cię prosić... Boję się, że znowu cię urażę... Mów, moje złote, nie urazisz mię... — Kiedy... — No proszę... — Chcialam cię prosić... żebyś napisał wiersz... o tym sępie. Tak, jak to czujesz... i z dedykacją dla mnie... — Spróbuję... choć trudno będzie... — Ach, jakżem ci wdzięczna! Dziękuję ci, najdroższy. Będzie prześliczne! Już widzę. Ty sam nie możesz ocenić. Tylko wszystko tam włóż: i Tatry, i burzę, i grzmoty, i to... jak ci serce rani... rozrywa... Prometeusz z uśmiechem, wstając: — Wszystko, wszystko napiszę... spróbuję... — Będzie prześliczne! mówię ci. Mój... poeta! — Jak ty umiesz pętać... — Srogie te więzy? — Rozkoszne. — Już nie żałujesz tamtych? — Ani myśli... — Będziemy szczęśliwi! Promuś!... Będzie nam dobrze, jak nikomu z ludzi! Będziemy mieszkać w lecie na wsi — w zimie w mieście... Mieszkanie urządzimy ślicznie. Sprawimy sobie meble zakopańskie... Szli razem zwolna „alejami, Pomiędzy drzewa, cisi, sami, I padał biały kwiat lipowy“ Na ich marzące, śliczne glowy... III. A iż nikto „nie wiedział o żadnej przeszkodzie“, po zapowiedziach formalnych odbył się ślub Prometeusza z panną Irys i zwyczajem wskazane wesele. O tem wydarzeniu, które, jakkolwiek spodziewane, „wstrząsnęło“ przecież „całą Warszawa do głębi“, pisał król reporterów w najpoważniejszym z wesołych dzienników: „Już wczesnym rankiem, skoro świt zajaśniał, zgromadziły się tłumy ludzi przed kościołem wskutek ogłoszenia o mającej się odbyć uroczystości zaślubin znanej z piękności panny Irys, córki naszego znakomitego obywatela i kupca, ze znanym poetą i urzędnikiem banku... Prometeuszem. „Właśnie zaświecały się księżyce lamp elektrycznych, gdy poczęły zajeżdżać przed kościół powozy. Wysiadły z nich strojne damy, wszystek kwiat naszej stolicy, a obok nich panowie we frakach o śnieżnie białych gorsach, którzy z rycerską galanterja podtrzymywali je, gdy, jak niebianki z Olimpu, spływały po stopniach powozów na ziemię. „Tłum caly, który tak rzadko niestety ma poetyczny obraz przed oczyma, podziwiał w wiele mówiącem milczeniu ten czarujący korowód. „Nagle dreszcz przeszedł wśród tłumu. Przez białe ciągniony rumaki, ukazał się różami ubrany powóz, a w nim, jako zjawisko cudne....panna młoda. — Ona jaśniała jak jutrzenka czysta, a on zaś jak Apollo, w swej pochmurności wyższy ponad tłum śmiertelnych. — Lekko zestąpili na bruk i, otoczeni drużbami, szli do ołtarza wśród szpaleru widzów, a za nimi płynął szmer podziwu. „Po skończonym obrzędzie wracali taksamo, jeno oczy panny młodej jaśniały szczęściem, jak oświetlone brylanty, a nad czołem pana młodego unosiła się lekka chmurka, zrodzona z poważnej chwili. Organy skocznie grały. „Poczem wszyscy wsiedli do powozów i pomknęli girlandą weselnego corsa, a tłum nędzny pozostał, długo nie mogąc wyjść z zachwytu i komentując to zdarzenie na różne sposoby. „Apartamenty weselne, umyślnie na ten cel wynajęte w Grandhotelu, jaśniały rzęsistem światłem. W powodzi świateł, róż, bukietów i powabniejszych od róż pań, zatracała się rzeczywistość, a wstawał obraz bajeczny z Tysiąca i jednej nocy, elektrycznie oświetlony. Jak w czarodziejskim kinematografie, przewijali się goście weselni przez szereg jasnych sal. A jak egzotyczny kwiat między swojskiemi, wyróżniała się między pięknemi druchnami rzadką pięknością i strojem — panna młoda. „Oto idzie — nie — płynie przez salę i miłosnemi oczyma szuka oblubieńca. Niema go w ciżbie weselnej. On samotności szuka — poeta... „Czym śpiewak dla ludzi....“ Aż znajduje go w bocznym kiosku, marzącego. Oczy ich spotykają się i, szczęściem oszołomione, topią się w sobie... Gdzieś szmerzy fontanna — gdzieś słowik kwiii. „Z tego snu krótkiego budzi ich muzyka. Sale rozbrzmiewają dźwiękiem — goście kaskada wabną puszczają się w tany — światła drżą... Czar walca. — Następuje wieniec tańców, w których się dusza, jak mówi poeta, obnaża. Wszystko się cieszy, raduje i zapomina o troskach dnia, Czar działa. „O północy muzyka zamilkła, wezwano do kolacji. W złocistej sali przy stole przybranym w kwiaty zasiedli goście na miejscach, jakoby przeznaczeniem wskazanych: panowie obok pań. Wytresowani lokaje pod genjalnem okiem kierownika roznosili wabiące półmiski. Menu składało się z piętnastu dań. Wśród wykwintnych potraw i drogich pasztetów, nie brakło prawdziwych francuskich trufli, najdroższych win i południowych owoców. Wzruszenie ogarniało zebranych. Lecz prawdziwa zapanowała serdeczność, gdy wniesiono kosze szampana (pierwszej marki). Wznoszono toasty na cześć państwa mlodych i wiwatowano ochoczo. Pan mlody, wzruszony tym wylewem uczuć, odpowiedział w przydłuższej nieco, bardzo poetycznej mowie, i choć niestety zawartych w niej głębokich alluzyj pod adresem nieobecnych nie wszyscy z gości zrozumieli, jednak mowa swoja oryginalnością zrobila wielkie wrażenie. Zapanowała wylewność, właściwa tylko Słowianom — przy dźwiękach skocznej muzyki bawiono się ochoczo do białego dnia. „I ja tam między gośćmi bylem, miód i wino piłem“... (Asfer). Podobne, choć nie tak poetyczne artykuly ukazały się i w innych gazetach. Ludzie skeptyczni poczęli jednakże twierdzić, iż nie tak sielankowo — idyllicznie, jak opisywano, zakończyło się owo wesele. Coś przebąkiwano nawet o skandalu. — Poczęto pilnie wyjaśniać, co jeszcze rzecz zaciemniało. Lecz my (mrugnięcie w stronę czytelnika), którzy znamy Prometeusza z poprzednich dwóch rozdziałów, wiemy, jak się rzecz miała w istocie, i że ludzie, nieprzyzwyczajeni do gestów prometejskich, latwo mogli uważać za skandal, co było w rzeczy naturalnem. Nam już bez sprawdzań wiadomo, że same niezwyczajne przygotowania do ślubu musiały Prometeusza srodze oszołomić. W tem oszołomieniu stanął przed ołtarzem i mówił słowa przysięgi. Lecz skoro tylko od ołtarza się odwrócił — jakby czar z niego spadł... Sakrament go odmienił. Czuł, że się coś za nim zamknęło — jakaś furtka, która czyjaś dobra ręka oliwa nasmarowała, iżby pocichu się zawarła — i oto znalazł się niespodzianie (tak mu się zdało) na miłem podwórku. Patrzał w zdumieniu dookoła — i wszystko inaczej mu się przedstawiało, niż gdy wchodził. — Zdziczenie jego, niedoszczętnie widać przez zabiegi panny Irys wytępione, w tej sytuacji się ozwało. — Każdy oswojony człowiek patrzałby we drzwi domu, cieszyłby się w sercu na przyjęcie, na miłą, tem ciekawszą, iże nieznana gościnę. A on, jakby w potrzasku, szukał oczyma w płocie dziury, którąby można umknąć. A skoro widział, że niema nijakiej rady, przybrał poważną minę gościa — i z takim wyrazem szedł do kościoła. W drodze, gdy przejeżdżali przez gwarna ulicę, z hałasu ulicznego doleciały ich okrzyki roznosicieli dzienników: — Wesele Prometeusza!... Straszne utonięcie w balji!... Katastrofa!... Prometeusz zasępił się — dowcipni tłómaczyli: przypomniał sobie sępa. Panna Irys, przytulając się do jego ramienia, szeptała w rozpromienieniu: — Ach, jakam szczęśliwa! Zajechali do hotelu. Prometeusz snuł się między gośćmi, znowu dziwnemu oszołomieniu poddany. Przechodził z sali do sali, plątał się niezdecydowanie i z nieśmiałością niejaką, jakby się znalazł na czyjemś weselu i to nie bardzo proszony. — „Właściwie poco ja tu...“ — uparcie mu się nasuwało. Przezdawało mu się czasem, że jest w gościnie przymusowej... a ma gdzieś iść — gdzieś jechać — coś ważnego... Lecz trudno wymknąć się, furtka zamknięta. Czyja ręka? Czy los?... Gwałtem chciał się otrząść z tego przykrego uczucia — przyuśmiechał się bez racji do osób spotykanych — coś do kogoś przegadywał — lecz na nic, nie mógł się pozbyć tej gnębiącej zmory. I gdy tak z gościnnym na ustach uśmiechem a zaostrzonym wzrokiem snuł się po salach jasnych, zauważył, iż wszyscy goście tworzą społeczeństwo jakieś, którego on tam na swej skale, chowając ogień zrabowany, nie znał, nie przypuszczał zgoła. Znał tylko ludzkość i bogów. Jaki jest — dumał — stosunek jego do tej społeczności?... Miał uczucie niejasne: iż coś odkrył i zarazem coś stracił. Uczucie winy, dawno już w nim tkwiące, roslo aż do strachu. Szukał oczami swojej Irys, i ze zdziwieniem ujrzał, iż ona w tem społeczeństwie czuje się między swoimi... — Rrrond! — wrzasnął aranżer. W sali tańczono. Prometeusz trwożnie usunął się — przebiegał oczyma twarze — szukal krewnej istoty. Aż dojrzal w kącie malarza, którego mu dziś przedstawiono. Zbliżył się ku niemu i spytał. — Cóż tu pan robi? Malarz podniósł nań zdziwione oczy. — Jestem na pańskiem weselu. Mialem już zaszczyt... — Aha. No nic. Chodźmy gdzie... schowajmy się. I pociągnął go za sobą do pustej, odległej salki. Wybiegł i za moment wrócił z flaszkami. — Urządzimy sobie knajpę... — nalał wina do szklenic. — Pij, przyjacielu! Wychylił kielich jeden — drugi. Pragnął się wyraźnie upić. Malarz wciąż ze zdziwieniem statecznie akompanjował. — Znasz pan moja historję? — zagadnął nagle Prometeusz. — No tak... bo to już historja wlaściwie... — Znam... jakże... wiadomo powszechnie... — Co pan sądzi o tem? — Sądzę, że pan wiele musiał cierpieć... — ... — Za to bogowie odwdzięczyli się panu dniem dzisiejszym. — Zemsta bogów jest słodką... pijmy! Po chwili, czując, że coś dla wytlómaczenia się rzec potrzeba, począł: — Widzi pan... mówią: wino podsyca żar boski... A ja, przyznam się panu, mam takie dziś uczucie, jakby ten ogień we mnie zgasł... jakby go ktoś nogami zadeptał... — Skądże to dziś u pana... — Czuję próżnię... podczas kiedy tam czulem pustkę i żar. Och, tam!... — A taką piękną pieśń niedawno wyśpiewał pan o sępie... Talent pański wciąż rośnie... — Tak... „musi zginąć w życiu, co ma ożyć w pieśni“. Pij, przyjacielu!... Cichutko tu, zacisznie... — Ale cóż powiedzą goście... Irys... — Co nas to — do cholery... Pijmy! Nachodziła go szczerość warszawska. — Słuchaj, bracie... Kochałeś się w Irys... Nie zaprzeczaj. Mówiła mi o pewnym malarzu... znaczy się: o tobie... Och, czemuś ty wtenczas... Znasz dolinę Strążyską? — Nie. — Wszystko jedno. Winszowałbym dziś tobie... Obaj my, bracie, nieszczęśliwi... Wypijmy „Bruderschaft“! Piją. Prometeusz w rozczuleniu: — Widzisz (wskazuje salę), tam jest „to, co nas pożera“... A ja czułem... Pamiętaj, nie chodź do doliny Strążysk! — Cóż tam jest? — Tam... kiedyś... krążył mój sęp... — Więc nie na Kaukazie? — I ty także... przyjacielu? Bajki, mówię ci, bajki chodzą o Prometeuszu!... Wszystko jest bajka — i ty, i ja tutaj... Rozległ się dzwonek — wołania — we drzwiach stanęło paru ze służby, wzywając do kolacji. — Trzeba iść — rzekł malarz i podjął za ramię pijanawego dość Prometeusza. — Czekaj... chciałem ci pokazać... Odejdźcie, niewolnicy... precz! Rozchylił gors koszuli i rzekł z gestem odpowiednim, tajemniczo: — Widzisz tę bliznę na sercu...? Tobie tylko, przyjacielu... Chodźmy. Do stołu już zasiadano. Prometeusz zajął miejsce obok Irys i, czując na sobie badawcze spojrzenia, przybrał wyraz obojętno-ponury. Malarza usadzono przy szarym końcu. Tu trzeba uzupełnić sprawozdanie reportera; iż w czasie kolacji lekki pogwar, jak brzęczenie pszczółek nad kwiatkami, unosił się nad stołem, i że zamiast trufli podano zwyczajne grzyby, zwane po naszemu sowy, pasztetu wcale nie było, a po kolacji podano jedynie wino i piwo bawarskie (szampan pił tylko reporter, w wyobraźni). Toastów zato było bez liku, i kwartet z trzynastu głosów na częste „niech żyją!“ z akompanjamentem solowym wszystkich osób. Skoro już trzydziesty trzeci toast podniesionoa wypowiedział go mąż poważny i zacny, prezes stowarzyszenia kupieckiego, wyraźnie pijąc do sławy pana młodego, o której „wszędzie, w każdej gazecie jest, i nawet w stowarzyszeniu kupieckiem odczyt jakiś tam miał o tem“, gdy poprzednie toasty dotyczyły głównie sypialni małżeńskiej — Prometeusz, który coraz to bardziej ponuro dziękował, uśmiechnął się niezgrabnie w podzięce na ostatnie prezesa życzenie („żeby nam tak jak Sienkiewicz zajaśniał, i żeby stąd na nasz stan kupiecki spłynął honor“...), wychylił kielich, powstał i, przeczekawszy, aż się uciszyło całkiem, przybladły nieco ze wzruszenia, a czerwonawy od wina, rozpoczął: — Szanowni i zacni goście!... Serdecznie wam dziękuję za szczere wysiłki, jakieście tu podjęli, aby mi wreszcie uświadomić, jaki jest stosunek między mną, a wami? Które to pytanie trapiło mię od czasu, kiedy was poznałem. Wiem, że to nie było waszym celem, jednakowoż serdecznie wam dziękuję. — Wiwat Prometeusz! — krzyknął ktoś z gorętszych. A on, nalawszy sobie bezceremonjalnie wina do szklenicy, wypił i z trudem ciągnął dalej: — Oto teraz jasnem mi się staje... I cokolwiekbyście uczynili z dobrej czy złej woli — już mię to nie będzie gorszyć, albowiem rozumiem... Jesteście na swojem miejscu. Tylko ja tu niepotrzebnie się znalazłem. Pozwólcie — zaraz wyłuszczę... Bo nie sądźcie, że każdy, co ma postać człowieczą, jest przeto waszym bliźnim. Tak i ja błędnie sądziłem. Dlatego jestem pośród was, szanowni... — Niech żyje nam! Chór!... — PstI Cicho! — uciszano. Prometeusz popił wina i dalej rzecz prowadził: — Są rasy różne... naprzykład: ja i wy... Nie łączy nas prawie nic, a wszystko dzieli. Ja nie uznaję waszej ojczyzny — wy mojej... — O! — Proszę... jak państwo czujecie się w pustce?...Widzicie: nie rozumiemy się, choć używamy tych samych słów. Jakby wam tu jaśniej Weźmy nie ludzi, lecz psy... O psach wszystko wolno. Są więc różne rasy psów — powiedzmy: — wyżły, owczarki, kundysy... — Oryginalny sposób mówienia — szeptano. — Neufundlandczyk, a kundys... Jaka olbrzymia różnica! Tylko one łatwo się poznają — czują wzajemnie swój stosunek do siebie — czują dystans! panowie... a nam ludziom trudno się — rozeznać. — Promuś! — syknęła zgorszona Irys, trącając go łokciem. — Oto — naprzykład... ktoś woła mnie: „Filuś“, podczas, gdy ja w istocie jestem „Hektor“. Słowo wam daję: jestem Hektor! Napełnił winem kielich. — Gdzieś jest, mój przyjacielu? (Poszukał wzrokiem malarza). Zdrowie nasze! A zwracając się do zdziwionych gości: — Przepraszam, że zdrowia waszego nie piję, albowiem sami się o nie aż nadto troszczycie. Przez całe życie od kolebki ono jest staraniem waszem. Jestescie niespożyci. Byliście i będziecie. Wasza rasa nieśmiertelna, podczas gdy moja na wymarciu. Mówię więc jako moriturus... ten, co ma zginąć — wasz niewolnik. Z bogów był mój ród... — Wspaniale mówi! — Imiona ich znane wam są: służyli u was w niewoli — słynęli jako śpiewacy — układali kancony i ody na wasze uroczystości — sławili wasze ogródki... i cóż jeszcze — ginęli za was. Tych zwiecie bohaterami. A wiecie — gdybyście mnie zostawili byli tam na pustce, kto wie, czy i ja nie byłbym... bohaterem. Jak to pięknie byłoby, i dla mnie i dla was. Jak to miło wspomnieć czasem... Zapewne każdy z was ma jakieś bohaterskie wspomnienie — z czasów młodości, rozumie się. I tem wspomnieniem, jak pacierzem, każdą opowieść zaczyna. Naprzykład: „Kiedy byłem Sokołem w Radomiu...“ O — jak to pięknie brzmi i budzi szacunek u słuchaczy. Więc słuchajcie: Kiedy byłem do skały przykuty... (hejl hej! było to życie!)... wówczas czułem się gwiazdą, zawieszoną w przestrzeni. Nie dziwcie się: mówię symbolicznie. Byłem ja i czas koło mnie — i gdzieś tam morze szumiące ludzkości... Nie wiedzialem, że ludzkość — to Mniemałem, że wszędzie są same... Neufundlandczyki. Sroga pomyłka — nieprawdaż?... Jak ja was wówczas kochałem! We własnej piersi chowałem dla was ogień, wykradziony bogom... Nie wiedziałem, że wy macie już swoje kominki; i że, obaczywszy mię, przychodzącego do was z ogniem, moglibyście mię nazwać podpalaczem. U bogów zlodziej — u was podpalacz... gdzieżbym się, nieszczęsny, schronił? — O, bo wy nienawidzicie wszystkiego, co wam, sądzicie, niepotrzebne. „Strzeżcie się ognia!“ — uczycie dzieci swoje. I wy mówicie czasem symbolicznie. „Strzeżcie się ducha!“ — szepce wam wasz strach. Straszy was wszystko, co skrzydlate. Jakoż nienawidzicie mego... sępa. A zaciekawia was... zwłaszcza w owym momencie, gdy się mem sercem karmi. Pragniecie może, bym tu zademonstrował przed wami? Zawsze lubiliście teatra krwawe... Circenses! Niestety, zabiłem go: — nie dał się oswoić... Cóż tak głupio patrzycie? Mówię: zabilem go!... I cóż was jeszcze straszy? Czy może Ducha widzicie przed soba? Huzia, zabijcie go! Zdepczcie, oplwajcie, wyśmiejcie! Wszak zawsze tak czyniliście... Ziemia wasza. Bezsprzecznie wy panujecie. Króle z was i papieże... Ktoby was nie zechciał uznać — gdzie się schroni?... Przez pustki idą tramwaje wasze — w puszczach łoskocą wasze tarlaki — wladza wasza sięga aż do jaskiń. Koniec jej, jak początek — w mroku. Slawi was wszystko: zarówno burkot młynka do kawy, jak hurkot dział. Dla was też wszystko na ziemi: rośliny i zwierzęta, deszcze i pogody... Jedynie piękno nie dla was — ale o tę małą cząstkę nie stoicie. Czegóż wam brak? Mniemalem, że brak wam ognia. I ważyłem się na ten czyn... Lecz wy ognia nie pożądacie — pożądacie tylko ciepla, Zdrowie przedewszystkiem! Jakże mądrzy jesteście i... przewidujący. Dziwne, że śmierci dotąd nie usunęliście. Ta także zdrowiu szkodzi. Patrzcie — ja za was już się niepokoję — zaczynam być już waszym... śpiewakiem. Granica między nami, to jedna myśl... Zatem: Niech ginie wszystko, co was straszy — mówię wam: zabijcie ducha! — a niech się rozrasta, niech pęcznieje, niech promienieje w wieczność wasze zdrowie!... (Wzniósł kielich i wypił do dna). Gdy skończył, grzmot oklasków rozlegl się po sali. — Niech żyje! Niech żyje nam! — huknięto chórem. Prometeusz stał zdumiony, wreszcie wściekły. Nie takiego był pewny sukcesu. Gdy przycichło w sali, ozwał się wprost: — Czyż nie widzicie, że was... nienawidzę? — Brawo! Brawo! Jeszcze huczniejszy grzmot oklasków i nowe: „Niech żyje!“ Prometeuszowi teraz jakby wszystko wino wypite do głowy buchnęło, i uczuł w mózgu Jak stał, trzasnął kielichem w widoczną łysinę prezesa... Stał się skandal okropny. Wszyscy się porwali z miejsc. Panna Irys dostała spazmów — trzy ciotki zemdlaly. Wśród hałasu i krzyków oburzenia jeden chór się podniósł, stylowy, z łamaniem rąk: — Nie u-sza-no-wał ły-si-ny!... ✽ Opowiadali później goście ze zgorszeniem, iż w pijanym szale wykrzykiwał słowa bez związku: „Sępie mój! Przeniewierstwol Niechaj się mści!“ i tym podobne warjactwa, aż padł na ziemię, i odniesiony został na kanapę. Lecz skandal ów, jak wszystko zresztą, przebrzmiał wnet, ludzie zapomnieli; tem łatwiej, że Prometeusz, dzięki przymiotom swoim i stosunkom teścia, został wkrótce dyrektorem banku. Żyje solidnie, ubiera się podług mody, mieszka przyzwoicie — wprawdzie nie wśród zakopiańskich, lecz zato wiedeńskich mebli — i myśli o swoim... sępie? ach, nie... zdrowiu. Czasem tylko, gdy wina zadużo wypije, przychodzi nań wzruszenie. Wtedy bierze za rękę najszczerszego przyjaciela, prowadzi go na bok i, odchylając przed nim gors koszuli, pokazuje mu bliznę na sercu, gdzie była rana. Blizna już małoznaczna. Utył. Wkrótce tłuszcz ją zaleje.
Spis treści PROLOG SCENA 1 SCENA 2 PARODOS EPEISODION 1 SCENA 1 SCENA 2 STASIMON 1 EPEISODION 2 STASIMON 2 EPEISODION 3 STASIMON 3 EXODOS SCENA 1 SCENA 2 Buntownik: 1 Czas: 1 Hańba: 1 Honor: 1 Kara: 1 Kłamstwo: 1 Król: 1 Prometeusz: 1 Przyjaźń: 1 Szaleństwo: 1 Władza: 1 Wróg: 1 Zdrada: 1 Uswpółcześnienia: Hefaistos > Hefajstos; Scytji > Scytii; Hefajstosie! niech twój umysł > Hefajstosie! Niech twój umysł; Winien-ci > Winien ci (pisownia partykuł); naprzekór > na przekór; zato > za to; nie uciszana > nieuciszana; daremnem > daremnym; poco > po co; wszystkiem > wszystkim; (uwspółcześnienie form gramatycznych poza wyrazami w wygłosie, aby nie naruszać struktury rymów); niema > nie ma; Poseidona > Posejdona. Prometeusz skowany[1]tłum. Jan Kasprowicz OSOBY DRAMATU: Kratos i Bia Hefajstos Prometeusz Chór Okeanid Okeanos Io, córka Inachosa Hermes PROLOG SCENA 1 Kratos i Bia, Hefajstos, (Prometeusz). Spadziste góry w Scytii, przerwane doliną. W dolinie sterczy skała. W oddali szumi morze. Kratos (Gwałt) i Bia (Przemoc) pojawiają się, wlokąc olbrzymiego Prometeusza. Towarzyszy im Hefajstos z narzędziami do przykucia Prometeusza do skały. KRATOS 1I oto stanęliśmy na okrajach[2] ziemi, Pomiędzy skityjskiego brzegu[3] bezludnemi Skałami. Hefajstosie! Niech twój umysł zważa Na rozkaz, dan od ojca[4], byś tego zbrodniarza, 5W żelazne, niezerwalne wziąwszy go kajdany, Co tchu do tej opoki przykował krzesanej. Albowiem płomień ognia, twoją chwałę drogą[5], Ukradłszy, dał go ludziom… Winien ci jest bogom Pokutę[6]: niech ma karę za swój czyn zbrodniczy, 10Z Zeusa niech się władzą nieuchronną liczy I zrzeknie się miłości, którą ma dla człeka. HEFAJSTOS Kratosie i ty, Bio[7]! Żadne z was nie zwleka Wypełnić woli Boga, lecz mnie brak odwagi, Ażebym mógł przemocą do tej turni nagiej, 15Na wichrów tych igrzysko, krewne przybić plemię[8]. Lecz muszę to uczynić, ciężkie bowiem brzemię Na barki swoje ściąga, kto się, nieposłuszny, Sprzeciwia woli Ojca. O ty, wielkoduszny Temidy[9] prawej synu, patrzaj, co się święci; 20Z niechęcią mam cię dzisiaj, na przekór twej chęci Skutego w te spiżowe, niezłomne łańcuchy, Do skał odludnych przybić, w tej pustyni głuchej, Gdzie głosu nie dosłyszysz, nie ujrzysz postaci Człowieczej! Za to ciało twoje kwiat swój straci 25W niesytym ogniu dziennym; noc się utęskniona Pojawi, zgasi żar ten, a potem znów skona Poranny chłód pod tchnieniem miłosnego słońca: I tak cię twa niedola żreć będzie bez końca, Bo ten, co by cię zbawił, dotąd niepoczęty! 30Za miłość swą do ludzi takie zbierasz sprzęty[10]! Sam bóg, wbrew woli bogów w ponadmiar wysokiej Dla człeka żyłeś części, przeto tej opoki Strzec będziesz beznadziejnej, wyprężon, kolana Nie mogąc zgiąć; pierś twoja, snem nieuciszana, 35Jękami nie rozwieje zaciekłości Boga. Tak! Każda nowa władza twarda jest i sroga[11]. KRATOS Przecz[12] zwlekasz, przecz w daremnym zawodzisz mi słowie? Czyż bogiem, którym inni wzgardzili bogowie, Nie gardzisz, chociaż skarb twój ludzkiej wydał rzeszy? HEFAJSTOS 40Zbyt silnym jest krwi związek i wspólność pieleszy. KRATOS Rozumiem, lecz czyż myśl cię nie ogarnia trwożna, Iż słowa rodzicielskie tak podeptać można? HEFAJSTOS Zbyt twardy byłeś zawsze i nazbyt zuchwały. KRATOS Daremnie łzy tu ronić. Na cóż się przydały 45Twe trudy, gdy z nich żadna korzyść nie wyrosła? HEFAJSTOS O jakiż wstręt uczuwam do swego rzemiosła! KRATOS Nie! Po co masz złorzeczyć? Niech cię to nie boli, Nie twoja przecież sztuka winna jego doli. HEFAJSTOS A jednak przecz[13] kto inny nie ma mej sprawności? KRATOS 50Prócz w rządach nad bogami, trud we wszystkim gości, I tylko Zeus jest wolny, zresztą nikt na świecie. HEFAJSTOS Nie myślę się sprzeciwiać, wiem ja o tym przecie. KRATOS Więc pęta mu zarzucić przecz[14] się dłoń twa wzbrania? Ma Ojciec[15] nasz być świadom twojego wahania? HEFAJSTOS 55Wszak widzisz, że pod ręką łańcuch mam gotowy. KRATOS Nie zwlekaj, skuj mu ręce w żelazne okowy, Do ściany przybij skalnej, nie żałując młota. HEFAJSTOS Zabieram się do dzieła, wraz pójdzie robota. KRATOS Wal silniej, nie ustawaj, zacieśnij kajdany, 60Bo może się wywinąć z ogniw lis ten szczwany. HEFAJSTOS Przybite jedno ramię, uwięzione do cna. KRATOS I drugie niech przykuje twoja ręka mocna, Ażeby się przekonał, iż Zeus jest chytrzejszy. HEFAJSTOS Prócz niego, nikt mi za to sławy nie umniejszy. KRATOS 65 A teraz żelaznego klinu straszne ostrze Niech, piersi mu przeszywszy, na głaz go rozpostrze. HEFAJSTOS O biada! Prometeju! Twa boleść mnie wzrusza! KRATOS Co? Jęczeć masz odwagę nad wrogiem Zeusza? Bodajbyś tak nie płakał nad swą dolą własną! HEFAJSTOS 70A tobie, gdy to widzisz, czyż oczy nie gasną? KRATOS Ja widzę, że nań kara spadła sprawiedliwa. Hej! Jeszcze jego boki zawrzyj w swe ogniwa! HEFAJSTOS Uczynić wszak to muszę! Po cóż te rozkazy? KRATOS Tak! Będę rozkazywał, krzyczał po sto razy! 75Zejdź na dół i potężnie skrępuj mu i uda. HEFAJSTOS Dokonam tego łatwo, nie żadne to cuda. KRATOS A teraz gwoździe kajdan silnie wbić mu trzeba: Pamiętaj: twardy na cię patrzy sędzia z nieba. HEFAJSTOS Twój język jakżeż twojej dorównał postaci! KRATOS 80Pozostań niewieściuchem! Lecz się nie opłaci Przyganiać mojej złości i mojej tężyźnie. HEFAJSTOS Uchodźmy! Z tych on więzów już się nie wyśliźnie. Hefajstos odchodzi. KRATOS zwrócony do Prometeusza A ty się tu przechwalaj! Własność kradnij bożą Dla tworów, co się tylko na dzień jeden mnożą! 85Czyż zwolnią cię śmiertelni z tych pęt? Niech odpowie Twój przemysł[16]! Przemyślnikiem zwali cię bogowie — Fałszywie! Baczże[17] teraz, by przez twe przemysły Żelazne się łańcuchy na tobie rozprysły. Kratos i Bia odchodzą. SCENA 2 PROMETEUSZ sam Skrzydlatych wiatrów pełne niebieskie przestworza, 90Potoków wy źródliska i ty, falo morza Rytmiczna, i ty, ziemio, wszystkich nas rodzico, I ty, wszechwidzącego słońca krągłe lico, Spojrzyjcie, jakie znoszę, bóg, od bogów znoje! Na trudy popatrzcie się moje, 95Na srom[18], którego ciężar na mych barkach legł Po nieskończony wiek! Takimi więzy[19] chce mnie dzisiaj zmóc Ten nieśmiertelnych hufców młody wódz[20]. Nie tylko czas dzisiejszy pogrąża mnie w łzach, 100Lecz także dni, co idą! Ach! Biada mi! Ach! Kiedyż się skończy moich cierpień bieg?! Lecz po cóż ja to mówię? Widzę, co się stanie, I jutro żadna na mnie klęska niespodzianie Nie spadnie, a niniejszej trza ulegać doli 105Jak można najpogodniej: konieczności woli Przełamać nikt nie zdoła! Darmo krzyczeć „biada!” Czy milczę, czy nie milczę, na jedno się składa. PrometeuszCzłowieka chciałem zbawić; za to mnie w tej chwili Do skały zakutego w łańcuchy przybili. 110Płomienistegom ognia źródło skrył[21] w łuczywie: W nim wszelkich sztuk dla ludzi nauczyciel żywie[22], Wszelkiego mistrz pożytku, i za tę przewinę, Zawieszon[23] na powietrzu, w tych okowach ginę. Na wozie skrzydlatym przylatują z powietrza Okeanidy. 115Ojej, ojej! Co słyszę? Jakiż zapach płynie do tych stron! Jakież tu ślą go smugi? Czy człek do tych samotnych zabłąkał się kniej, Czy bóg, czy jeden i drugi? 120Pragnieli świadkiem być[24] boleści mej, Lub czego chce tu on? Patrzajcie! Oto leży skrępowany bóg, Przez Zeusa znienawidzon i przez wszystkie bogi, Co złotych jego zamków przestępują progi, 125Za miłość ku ludziom go zmógł! Ach, ach! Co słyszę znowu? Jakby ptaków lot! Od skrzydeł falujących drży powietrze w krąg. Ach! Jakikolwiek zjawi się tu miot, Nowych to dla mnie trwóg i nowych źródło mąk! PARODOS CHÓR OKEANID, PROMETEUSZ STROFA 1. CHÓR 130Nie lękaj się niczego! Przyjacielski huf[25] Ciężkim brzemieniem słów Zdołał przekonać rodzica I w chyżym pędzie do twych przybiegł skał; Wiatr szybkolotny ku tobie mnie gnał. 135Szczęk młota w mój podziemny przecisnął się dom, W tej swojej grozie Z przerażonego lica Starł mi dziewiczy srom[26] — Bosa w skrzydlatym pomknęłam tu wozie. PROMETEUSZ 140Ojej, ojej! Tetydy płodnej córy[27] I ojca Okeana, Co wszystkie ziemskie lądy[28] Niestrudzonymi opasuje prądy, 145Na los mój spojrzyjcie ponury: Z przepastnej pustoszy tej Opoka wyrasta krzesana, A na niej przyjaciel wasz Spełnia — ach, w jakie pęty 150Strasznie ujęty! — Niepożądaną straż! ANTYSTROFA 1 CHÓR Jać[29] widzę, Prometeju, i na taki kres Gdy patrzę, chmura łez Trwożne przesłania mi oczy! 155W żelaznych więzach giniesz wśród tych ścian! Tak! Na Olimpie nowy włada pan — Bezprawnie sprawia Zeus nowy dzisiaj rząd: Prawdę, co lśniła Śród dawnych wieków mroczy, 160Uważa dziś za błąd I wraz ją depce niewstrzymana siła. PROMETEUSZ Czemuż w Hadesu nie strącił mnie dół — Między umarłych niezliczony tłum, Poza Tartaru bezbrzeżnego brzeg? 165W nierozerwalny choć mnie łańcuch skuł, Żaden by z tego nie cieszył się bóg, Ni żaden człek! Dziś mi urąga lada wichru szum, Śmieje się lada wróg. STROFA 2 CHÓR 170Któż z nieśmiertelnych, któż Takie by serce miał twarde, By tak naocznie Twój niepomierny ból Radość w nim wzbudzał i wzgardę? 175Któż by nie żywił litości Dla twoich mąk? Chybali[30] Zeus, nieugięty król, Nowego prawa stróż, Co Uranowy ród[31] 180W gniewie niesytym zgniótł I w żądzy swojej nie spocznie, Póki mu władzy nie wyrwie kto z rąk, Chytrze z niebieskich nie wygna go włości. PROMETEUSZ Choć sromotnymi zelżył mnie okowy[32], 185Jeszcze ci[33] temu zwierzchnikowi nieba Będzie mej rady potrzeba, Gdy zechce usłyszeć wieści, Jaki go zamach nowy Z berła obedrze i cześci[34], 190Daremna wówczas miodnych[35] słów przynęta, Chociażby brzmiała najsłodziej! Daremna gróźb jego trwoga: Nie powiadomię boga, Aże mi zdejmie te krwawiące pęta 195I hańbę mą wynagrodzi. ANTYSTROFA 2 CHÓR Przestań, zuchwalcze, stój! Jeszcze cię gorzkie katusze Nie przełamały! Czelnych używasz słów, 200A ja tu lękać się muszę, Jaką ci dolę niebiosa Gotują! Ach! Groza mną targa, czy skończy się znów Ten ból okrutny twój? 205Jakiego portu czar Zdejmie ci brzemię kar? Zakamieniały, Głuchy na prośby, wykąpane w łzach, Twardego serca jest ci[36] syn Kronosa! PROMETEUSZ 210Wiem ja, że srogi to władca i prawa Kuje dowolne, a jednak się zdarzy, Iż zmięknie również jego umysł wraży[37], Gdy pierwszy spadnie nań cios! Złość w nim uśmierzy się krwawa, 215Tęsknoty głos Wyrwie mnie z kaźni, Roztęsknionego przyjaciela Wezwie do swego wesela, Do swojej powoła przyjaźni. EPEISODION 1 SCENA 1 PROMETEUSZ, PRZODOWNICA CHÓRU PRZODOWNICA CHÓRU Opowiedzże[38] nam wszystko, wytłumacz nam ninie[39], 220Na jakiej to cię Zeus pochwycił przewinie, Że pijesz dzisiaj gorycz tak sromotnej[40] doli? Mów, jeśli tylko boleść mówić ci pozwoli. PROMETEUSZ Boleśnie jest mi mówić i milczeć boleśnie — Zaiste! W tym i tamtym znów cierpienie wskrześnie. 225Gdy pierwej w sercach bogów gniew się straszny zrodził I powstał spór wzajemny, kto by im przewodził, Czy Kronos ma być zepchnion[41] z tronu, aby dalej[42] Panował Zeus: gdy inni wręcz się opierali, Ażeby nad bogami on mógł dzierżyć władzę, 230Zdarzyło się, niestety, że daremnie radzę, Daremnie chcę przekonać słowy życzliwemi Tytanów, Uranosa płód i matki-Ziemi[43]. Zbyt pyszni, odrzucili roztropne fortele, Sądzący[44], że przemocą działając, a śmiele, 235Zwyciężą. Ale macierz ma, Temis i Gaja[45], Co mnogie w swej postaci imiona zestraja, Umiała mi obwieścić, jaki los się stanie Na przyszłość, że nie przemoc odda panowanie Zwycięzcom, tylko podstęp. Tom ci[46] im w swym słowie 240Wyłuszczył, ale słuchać nie chcieli bogowie, Ni spojrzeć nie raczyli. Przeto mnie i matce Wydało się najlepszym opuścić te władce[47] I skrzętnie poprzeć sprawę skrzętnego Zeusza. I oto dzisiaj czarna Tartarowa głusza 245Za moją kryje radą wszystkie sprzymierzeńce[48] Kronosa wraz z ich panem. Takie ci[49] ja wieńce Nowemu zgotowałem królowi i za to Męczarnią mnie nagrodził — o gorzka zapłato! 250Że nawet przyjaciołom swym nie dają wiary… A jeśli mnie pytacie, za jaką przewinę, Okryty taką hańbą, w tych katuszach ginę, Odpowiem: Ledwie zasiadł ten władyka srogi Na tronie swym ojcowskim, począł między bogi[50] 255Rozdzielać dostojeństwa, stanowić urzędy Dla jednych i dla drugich, wszelkie tylko względy Dla biednych zdeptał ludzi — owszem, dawne plemię Wyniszczyć nawet pragnął, aby nowym ziemię Móc obsiać pokoleniem. Nikt się nie postawił 260Okoniem[51], jam się tylko odważył i zbawił Człowieka, że zdruzgotan nie spadł w Hadu[52] ciemnie. I za to tak bolesne uczyniono ze mnie, Tak straszne widowisko: gorzko ci[53] je znosić I gorzko patrzeć na nie!… Żem śmiał litość głosić 265Dla ludzi, sam litości nie zaznałem! Składnie Przystroił mnie tu Zeus, niechaj srom[54] nań padnie. PRZODOWNICA CHÓRU Z żelaza ma ci serce albo i z opoki[55], W kim ból twój, Prometeju, nie wzbudzi głębokiej Żałości! Ach! Dlaczego na to patrzeć muszę?! 270Patrząca, czuję mękę, co mi szarpie duszę. PROMETEUSZ Tak, litość w przyjaciołach wzbudza ból mój krwawy. PRZODOWNICA CHÓRU Czyś więcej nie uczynił nic, ponad te sprawy? PROMETEUSZ Przeze mnie człek nie widzi, co za los go czeka. PRZODOWNICA CHÓRU A jakiś na to środek znalazł[56] dla człowieka? PROMETEUSZ 275Nadzieję zaszczepiłem ślepą w jego łonie. PRZODOWNICA CHÓRU Zaiste, skarb to wielki dały mu twe dłonie. PROMETEUSZ Prócz tego jeszczem ogień przyniósł człowiekowi. PRZODOWNICA CHÓRU Więc odtąd mają płomień ludzie jednodniowi? PROMETEUSZ Niejednej przezeń sztuki znajomość zdobyli. PRZODOWNICA CHÓRU 280I za to, Prometeju, tak cię Zeus w tej chwili — PROMETEUSZ Zbezcześcił i bezcześcić dalej nie zaniecha[57]. PRZODOWNICA CHÓRU Nie widzisz kresu cierpień? Jestli to pociecha? PROMETEUSZ Kres będzie, gdy on zechce, siły nie ma innej. PRZODOWNICA CHÓRU Czy zechce? Jest nadzieja? Nie czujesz się winny? 285Lecz mówić o twej winie na cóż by się zdało? Rozkoszy sobie żadnej, a tobie niemało Sprawiłabym zgryzoty. Zostawmy w spokoju Twój grzech, a ty się staraj pozbyć tego znoju. PROMETEUSZ Kto z kaźnią się rozminął[58], ten ci łatwo może 290Pochopne dawać rady noszącym obroże. Lecz jam to wszystko wiedział, daremne więc żale! Zgrzeszyłem, bom chciał zgrzeszyć, i nie przeczę wcale. Śmiertelnym niosąc szczęście, sam w nieszczęście wpadłem. A jednak nie myślałem, by tak gorzkim jadłem 295Karmiono mnie za czyn mój, bym, na tej opoce Przykuty, miał w tej pustce pędzić dni i noce, Tak marnieć przehaniebnie na tej wietrznej grani! Lecz rzućcie moją boleść! Łez nie rońcie dla niej! Zestąpcie raczej ku mnie, byście usłyszały, 300Co czeka mnie tu jeszcze, odartego z chwały. Słuchajcie mnie, słuchajcie, towarzyszki moje! Współczujcie razem ze mną! Straciła ostoję Ma dola[59]: po manowcach omackiem się wlecze I wciąż jedno za drugim trapi serce człecze. Podczas następujących słów Okeanidy zstępują z wozu na scenę. CHÓR 305Chętne znalazłeś uszy, O Prometeju ty mój! Chyżo ten rydwan rzuciwszy skrzydlaty, Prujący powietrzny szlak, Którym polotny przelatuje ptak, 310Przebiegłam do skalnej twej głuszy, By poznać ten straszny znój, Ten los, w nieszczęście bogaty. SCENA 2 PROMETEUSZ, OKEANOS OKEANOS Otom u kresu przedalekiej drogi! O Prometeju, ku tobie, 315Do tych samotnych kniej, Posłuszny woli mej, Bez lejc mnie rumak wiatronogi Z chyżością ptaka wiódł. Współczuję twojej żałobie, 320Albowiem jedna — pamiętać to chciej! — Łączy nas krew[60]. Ale i wspólny pominąwszy ród, Nikt u mnie większej nie zażywa cześci[61]. Nie lubię przesiewać plew 325Daremnych słów, Dlatego, proszę, mów, Czy mogęć ulgę przynieść w twej boleści? Przekonasz się też niebawem, Że w twym nieszczęściu krwawem 330Nie jest ci żadna brać wierniejsza dana Nad przyjaciela twego, Okeana. PROMETEUSZ Ha! Cóż to! I tyś przybył, by widzieć naocznie Mą dolę? Co? Odwagę miałeś rzucić mrocznie[62] Twych jaskiń samorodnych, toń równoimienną[63] 335I przyjść nawiedzić ziemię tę, w żelazo plenną[64]? Patrzący na me losy, chceszli dla mej klęski Okazać swe spółczucie? Spojrzeć, jak zwycięski Ukarał mnie tu Zeus? Jak mnie, przyjaciela, Co tron mu wywalczyłem, straszliwie obdziela 340Swym gniewem? Jak mnie dręczy, uzyskawszy władzę? OKEANOS Jać widzę[65], Prometeju, i dobrzeć poradzę[66], Choć rozum twój przemyślny radę sobie daje Najlepszą: poznaj siebie[67], nowe obyczaje Racz przyjąć, gdyż bogami król dziś rządzi nowy. 345Zaprzestań raz dumnymi wygrażać mu słowy, Bo Zeus cię usłyszy, choćby wyżej jeszcze Zasiadał na swym tronie. Przestań, a te kleszcze Męczarni twych dzisiejszych będąć[68] niczym więcej, Jak tylko jakimś widmem igraszki dziecięcej. 350Rzuć gniew swój, o nieszczęsny! Niech go już nie drażni, I bacz, iżby z tej ciężkiej wydostać się kaźni. Zapewneć wypowiadam[69] słowa dawno znane, Lecz widzisz, Prometeju, jaką krwawą ranę Zadała ci języka twego czelna[70] pycha! 355W niedoli tej pokorą niech pierś twa oddycha. Czyż do tej klęski jeszcze chcesz dorzucać świeże? Naukę niech ode mnie twa roztropność bierze: Nie wierzgaj — to ci radzę — przeciw ościeniowi[71], Bo widzisz sam, jakiemu dziś władcy gotowi 360Podlegać nieśmiertelni. A teraz odchodzę, Pragnący się przekonać[72], na jakiej by drodze Wybawić cię z nieszczęścia. Uczynię, co można, A przedsię[73] mowa twoja niech będzie ostrożna, Nie bluźnij! Czyż nie widzisz, arcy-mędrcze luby, 365Do jakiej czelny język prowadzi zaguby? PROMETEUSZ Zazdroszczę ci, iż żadnej nie doznałeś kary, Jakkolwiek mężnieś poparł wszystkie me zamiary. Dziś o mnie ty się nie troszcz, zostaw swego druha! Zeusa nie przekonasz, niechętnie on słucha! 370Sam zważaj, byś się w gorzkiej nie znalazł potrzebie. OKEANOS Pouczasz lepiej innych niż samego siebie. Po czynach ja to widzę, nie słowach. A przecie Nie krępuj mojej woli. Jest jeszcze na świecie Nadzieja! Mam nadzieję, że łaski Zeusowej 375Dostąpię i te twoje połamię okowy. PROMETEUSZ To wszystko, co mi rzekłeś, w wielkiej u mnie wadze; Nie lubię być dłużnikiem. Jednak ja ci radzę, Zaniechaj swego trudu, bo, mówiąc niekłamnie, Daremny trud, jeżeli chcesz się trudzić dla mnie. 380Z daleka stój od tego! Sam będąc w niewoli, Nie pragnę żadną miarą, ażeby mnie gwoli Ktokolwiek inny znosił równe moim ciosy. Toć cierpię już niemało, że tak srogie losy Dotknęły mego brata, Atlanta: w krainie 385Zachodniej, gdzieś daleko, w ciężkim znoju ginie, Dźwigając słupy niebios i ziemi[74] — ogromne, Niezwykłe jest to brzemię! Żal mi też, gdy wspomnę Tyfona[75]: syn ten Gai, stugłowy, straszliwy Dziwotwór, mieszkający w kilikijskiej niwy 390Jaskiniach[76], groźnej uległ przemocy: wokoło Zabójczym tchem ziejący, śmiał on stawić czoło Wszem bogom; z oczu iskry sypiąc coraz krwawsze, Przypuszczał, że tron Zeusa zdruzgoce na zawsze. Lecz czujny pocisk Boga, grom płomiennopióry, 395Dyszący strasznym ogniem, padł na niego z góry: Porażon w samo serce, tak pełne przechwałek, Spopielił się w tym żarze nieszczęsny pyszałek. Na pował rozciągnięta, bezwładnie dziś leży Ta bryła nad zatoką[77], u morskich wybrzeży, 400Głęboko w wnętrzu Etny, a znad jej siedliska, Na skalnym siedząc szczycie, skry Hefajstos ciska, Rozgłośnie swym kowalskim kowający młotem. To stąd strumienie ognia rozleją się potem Na równie sykielijskie[78], na te łany żyzne, 405By chciwym zniszczyć zębem plennych żniw ojczyznę. Tak Tyfon, wyziewając gniew zapamiętały, Ogniste z źródeł ognia rzucać będzie strzały, Jakkolwiek Zeus go w węgiel obrócił swym gromem. Lecz po cóż cię pouczać? Wszystko ci wiadomem, 410Nie jesteś bez rozumu, niech on cię ocali! Ja tutaj swoją nędzę będę znosił dalej, Dopóki nie ochłonie Zeus w swym żarnym gniewie. OKEANOS Posłuchaj, Prometeju, czyż twój umysł nie wie, Że z gniewu nas wyleczyć dobre słowo może? PROMETEUSZ 415 Tak, serce swe w stosownej gdy zmiękczymy porze, Nie zasię gwałt zadając naszej złości wrażej[79]. OKEANOS A jeśli kto się na to w swej trosce odważy, Wytłumacz, jakie z tego wynikną mu szkody? PROMETEUSZ Daremna wszelka dobroć, stracone zachody. OKEANOS 420Więc pozwól, niech choroby tej w sobie nie tłumię; Rozumny, kto swój rozum w czas zataić umie. PROMETEUSZ I z tego, zda się, dla mnie wynikłaby nędza. OKEANOS Widocznie słowo twoje precz mnie stąd wypędza. PROMETEUSZ Ażeby twoja litość nie obmierzła komu. OKEANOS 425 Czy temu, co w niebieskim dziś króluje domu? PROMETEUSZ Uważaj, byś nie ściągnął na się jego burzy. OKEANOS Twój los mi, Prometeju, za przestrogę służy. PROMETEUSZ Więc dobrze; odejdź, spiesz się, wytrwaj w twym zamiarze. OKEANOS Co sam uczynić pragnę, czynić mi to każe 430Twe słowo. Niecierpliwie już skrzydłem trzepoce Ten ptak mój czworonożny, wszystkie swoje moce Wysila, by, powietrzne w lot przebywszy drogi, Kolana zgiąć w swej stajni na spoczynek błogi. Siada na gryfa i odlatuje. STASIMON 1 CHÓR OKEANID CHÓR Jakże ja cierpię, że taki cię kres 435Spotkał, o drogi Prometeju mój! Widzę nieszczęście, na twą mękę łase, I, niby deszczu zdrój, Płynie mi z oczu chciwy potok łez, Pożera lic moich krasę! 440Okrutne dni na nas idą: Zeus, ufny w swe nowe prawa, Dumnie przeciwko wszystkim bogom stawa[80], Potrząsa nad nimi swą dzidą. Jęk głośny płynie po łanach wszech ziem 445Twej starodawnej chwały zagasł cud. Wszystko, co żyje, opłakuje ciebie I twój zhańbiony ród, Wszystko boleje nad nieszczęściem twem! Na sławy twojej pogrzebie 450Azyjskie się żalą okraje[81]; Na twoje niegodne losy Wszelaki człowiek krzyczy wniebogłosy, Do wtóru z boleścią swą staje. Płaczą Kolchidy mieszkance 455I dziewki pochopne do wojny[82] Scytowie, co świata krańce W ciżbie obsiedli rojnej U wód meockich[83] wybrzeży — I kwiecie arabskiej ziemi, 460I ci, co ufni żelazu, Dzidami chronią ostremi Wyniosłych szczytów Kaukazu, Swojej rycerskiej leży… Znany mi wpoprzód był li jeden bóg, 465Którego również nowy władca zmógł: Atlas, co ziemię i nieba powałę Na swoje bary musiał wziąć omdlałe I z trudem je dotąd trzyma. Huczy mu ogrom rozburzonych fal, 470Głębia swój głośny wypowiada żal, Hadesu wzdycha ciemny lej głęboki, Łzy wylewają świętych wód potoki Nad dolą tego olbrzyma. EPEISODION 2 PROMETEUSZ, PRZODOWNICA CHÓRU PROMETEUSZ Nie sądźcie, że mnie słabość lub też upór zmusza, 475Bym milczał. Nie! To tylko szarpie się ma dusza, Że widzę się strącony w taką nędzę srogą. A któż tę władzę nowym podarował, bogom, Jeżeli nie ja jeden? Lecz i o tym z wami Nie mówię. Cóż innego, czego byście sami 480Nie znali, mógłbym jeszcze powiedzieć? Jedynie O ludzkiej posłuchajcie niedoli, o czynie Tym moim, który głupich na mędrce przemienił I ducha w nich rozbudził. Nie, iżbym źle cenił Człowieka, o tym mówię! Pragnę was o całem 485Pouczyć dobrodziejstwie, które świadczyć śmiałem Tym biednym śmiertelnikom. Posiadali oczy, A przecież, ni to ślepce, chodzili w omroczy; Słyszący, nie słyszeli. Niby widma senne, Mieszali wszystko razem. Budowy kamienne, 490Ku słońcu strzelające, były dla nich obce, Nieznaną i ciesiołka[84]. Chowali się w kopce; Podobni nie do ludzi, lecz do nędznych mrówek, Gnieździli się wśród ciemnych, jaskinnych kryjówek. Oznaczyć nie umieli, czym wiosna ponętna 495Odróżnia się od zimy i jakie ma piętna Bogata w plony jesień. Skoro na świat wyszli, Sprawiali się we wszystkim omacnie, bez myśli, Dopóki nie spostrzegli za mych wskazań wodzą, Gdzie jasne wschodzą gwiazdy i kędy zachodzą. 500I wiedzęm najprzedniejszą wynalazł, naukę O liczbach, i kunszt pisma i pamięci sztukę, Muz wszystkich rodzicielkę[85]. Jam pierwszy zwierzęta Oswoił, iżby moc ich, do jarzma wprzągnięta, Pomogła człowiekowi dźwigać ciężar wszytek. 505Jam konie, uzdom chętne, bogaty dobytek W bogatym skarbcu możnych, do wozu założył. Ode mnie któż to pierwszy spławne łodzie stworzył, Płóciennoskrzydłe statki odważnych żeglarzy? Takimi to sztukami gdy mój rozum darzy 510Człowieka, czym pomyślał, że dziś, w tej potrzebie, Nie znajdę oto sztuki ratunku dla siebie? PRZODOWNICA CHÓRU Sromotną znosisz klęskę, płaczesz i narzekasz, Bezradnie się mocujesz. By[86] lichy ten lekarz, Co, wpadłszy sam w chorobę, opuszcza już ręce, 515Wzdyć[87] nie wiesz, jakim lekiem zadać kres swej męce. PROMETEUSZ Posłuchajże mnie dalej, a większe o wiele Ogarnie cię zdumienie na one fortele, Na środki, którem jeszcze wymyślił[88]. Więc powiem: Największej było wagi, że jeśli ze zdrowiem 520Rozminął się kto z ludzi, to na słabość swoją Porady nie znał żadnej: lekarstwa, co koją, Co krzepią, posilają, napoje i maście[89] Bynajmniej nie istniały. Ni[90] powiędłe haście, Tak wszyscy usychali z gryzącej choroby, 525Dopókim ja nie wskazał, jakimi sposoby Wypłoszyć precz od siebie zabójcze uwiądy. Jam także ich nauczył, jakie snować[91] sądy Z przeróżnych wieszczb, jak ze snu odgadywać losy Idące; wszelkie znaki przydrożne i głosy 530Przeznaczeń niepojęte i przeznaczeń ciemnie[92] Umieją dziś pojmować i zgłębiać przeze mnie. I ptaków krzywoszponych rozróżniają loty, By wiedzieć, czy są wróżbą szczęśliwości złotej Czy klęski; jam ich wszystkie odsłonił zwyczaje, 535Jak plemię to skrzydlate ze sobą przestaje, Przyjaźnie czy też wrogo. Nikt już dziś nie pyta, Czy słuszną mają barwę i gładkość jelita, By bogom się podobać — wszystkom to ustalił[93]; Kształt żółci i wątroby, by się ogień palił 540Ofiarny należyty; tłustość ud i biodra Szerokość żertwiennego[94] mądrość moja szczodra Dokładnie oznaczyła: człek już dziś świadomy Znaczenia całopaleń… A one ogromy Tych wszystkich skarbów drogich, gdzieś w głębinie ziemi 545Tak chciwie przed oczami ukrytych ludzkiemi — Żelazo, miedź i srebro, i złoto — któż powie, Prócz mnie, że je wyśledził, jeśli w swoim słowie Chełpliwie nie chce kłamać? Rzecz jedną i drugą Złączywszy: Prometeja wszelki kunszt zasługą. PRZODOWNICA CHÓRU 550Zasługą względem ludzi! Dziś ty nie myśl o niej, Lecz bacz, jakobyś wybrnąć mógł z tej zgubnej toni. Nadzieję mam, że skoro rozerwiesz te pęta, Zeusowej wnet dorówna twa potęga święta. PROMETEUSZ Nie na tej pragnie Mojra[95] uwolnić mnie drodze. 555Tysiączne męki jeszcze udręczą mnie srodze, Nim prysną te kajdany u mych cierpień granic: Gdzie panią jest Konieczność[96], tam już sztuka na nic. PRZODOWNICA CHÓRU A sterem Konieczności któż włada jedynie? PROMETEUSZ Mojr trójca[97] i pamiętne wszelkich win Erynie[98]. PRZODOWNICA CHÓRU 560Od mocy ich czyż lichsza Zeusowa potęga? PROMETEUSZ Nie ujdzie Przeznaczeniu, co po niego sięga. PRZODOWNICA CHÓRU Więc Zeusa panowanie nie potrwa na wieki? PROMETEUSZ Nie pytaj, nie nalegaj! Próżne twe docieki[99]. PRZODOWNICA CHÓRU A zatem jakąś świętość ukrywasz tajemną. PROMETEUSZ 565Nie pora o tym mówić. O innych ty ze mną, Gdy chcesz, pogadaj sprawach. Największąć ja muszę Zachować tajemnicę, gdyż moje katusze Inaczej się nie skończą! Tak, jedynie wtedy Strzaskane ujrzę więzy, wyrwę się z tej biedy. STASIMON 2 CHÓR STROFA 1 570Nigdy nie myśli mój duch Przeciw Zeusowej wykraczać potędze. Zawsze też godne stado byków spędzę, Gdzie fal Okeanowych wieczny bije ruch, Aby je bogom na ofiarę wieść. 575Nie jest ci u mnie w pogardzie ich cześć, A tylko jedno pragnę zachować w pamięci: ANTYSTROFA 1 Błogosławiony jest człek, Który żywota długiego koleją Kroczy z krzepiącą przy boku nadzieją! 580Rozkoszna już go radość nie puści po wiek. Lecz, Prometeju, mną szarpie dziś ból, Że zlekceważon przez cię jest nasz król, Że w tobie się li miłość ku śmiertelnym święci[100]! STROFA 2 Jakiż bezpłodny to szał 585 Twa miłość, druhu mój, Chcąca uszczęścić ziemię! Powiedz, czy może strasznych cierpień zwał, Ciężki brzemienny znój, Zdjąć z ramion twych 590To nikłe, ślepe, jednodniowe plemię, Do mar podobne mdłych? Przecież to prawda, że, co Bóg uchwali, Tego już żaden ludzki zamysł nie obali. ANTYSTROFA 2 Po twojej doli to wiem, 595O Prometeju! Ach! Po twej haniebnej kaźni! Inne dziś pieśni dźwięczą w uchu mem, Nie te — skąpane w łzach, Ale ów wtór, 600Który do ślubnej śpiewałam ci łaźni, Gdyś jedną z nadobnych cór Okeanowych, siostrę Hezyjonę[101], Bogatym ją zdobywszy wianem, brał za żonę. EPEISODION 3 IO, PROMETEUSZ IO[102] wbiega pędem Co to za kraj? 605Co za lud? Któż to tam leży? Któż? O skalny powalon cios, Za coś igraszką burz? W pętach za jakie cierpisz winy? 610Wiadomość mi daj, Do jakiej mnie dzisiaj wwiódł Dziedziny Mój los?… Ach, ach! 615Znowu napada mnie giez! Argos, syn ziemi[103], Znów mnie oczami ściga tysiącznemi! Strach! Co za widok! Strach! Pies! Stróż! Naganiacz! Pies! 620Przeszywający wzrok! Hej! Czyje Zniosą go oczy? Ziemię przewierci! Ziemia go nawet po śmierci Nie skryje! 625Z ciemnego jej wnętrza wyskoczy, Zęby wyszczerzy I — w cwał! W cwał! — Będzie mnie biedną gnał, Śród morskich przepędzał wybrzeży. STROFA 630A oto woskiem pozlepiana trzcina[104] Już ci mi nucić zaczyna Usypiający wtór! Ojej! O rety! Ojej Do jakich mnie kniej, 635Mnie, najnędzniejszą z cór, Rozdrożne[105] prowadzą drogi? O srogi Synu Kronosa[106], o ty boży synu, Jakiegoż ja się dopuściłam czynu, 640Że nie chcesz folgi dać niedoli mej!? Ojej! W straszneś mnie jarzmo wprzągł! O męko mąk! Znowu mnie bodzie giez! 645Gdzie kres?! Gdzie kres?! Spal mnie swym gromem, spal, Lub strąć mnie w ziemi głąb, Lub zagrzeb w odmęcie fal! Zstąp ku mnie, władco, zstąp, 650Usłysz mój żal! Śród błędnych błądzę dróg I nie wiem, kto by dziś mógł Wybawić mnie z doli niezbożnej? Czy słyszysz to wołanie dziewki krowiorożnej? PROMETEUSZ 655O jakżebym nie słyszał? Gzem ci to pędzona Inacha młoda córa[107] co miłość śród łona Zbudziła Zeusowego. Z bólu snadź[108] umiera: Po drogach ją rozstajnych mściwa pędzi Hera. ANTYSTROFA IO Skąd ci nazwisko mego ojca znane? 660Odgadłeś duszy mej ranę, Ty, który cierpisz sam! Ojej! O rety! Ojej! Powiedzieć mi chciej, Kogo przed sobą ja mam — 665Któż moje straszne cierpienia Wymienia, Ach, tak prawdziwie? Przez mściwą boginię W gorzkiej chorobie dziś me życie ginie! Przez nią przypędził mnie do pustki tej — 670Ojej! — Rozpaczy morderczy szał! Hery mnie gnał Nieposkromiony gniew! Jak burzy wiew, 675Biegłam, śród błędnych błądząc dróg, W ten skalny biegłam kraj, Ścigana nawałą trwóg! Lecz ty lekarstwo mi daj, Mów, kto by mógł 680Złagodzić mój cierpki los? Bo ciężki tych dotknął cios, Co w równej, jak ja, giną nędzy! Jeżeli tylko zdołasz, mów, pomóż co prędzej. PROMETEUSZ Nie ciemną, zawikłaną i nie zagadkową, 685Lecz jasną na to wszystko odpowiem ci mową, Do takiej bowiem przyjaźń usta moje zmusza: Masz ogniodawcę ludzi, mnie, Prometeusza! IO O biedny Prometeju, zbawicielu człeka, Mów, z jakiej ci przyczyny ten ból dziś dopieka? PROMETEUSZ 690Dopierom się poprzestał na swą dolę skarżyć. IO A zatem już mnie nie chcesz swą łaską obdarzyć? PROMETEUSZ Odpowiedz, czego pragniesz? Wszystko ci wyjaśnię. IO Kto przykuł cię do skały? To chcę słyszeć właśnie. PROMETEUSZ Zeusa twarda wola, Hefajstosa ręka. IO 695Za jakąż cię to zbrodnię taka kara nęka? PROMETEUSZ Ponadto nic ci więcej powiedzieć nie mogę. IO Więc wskaż, czy mnie nieszczęsną, na tę błędną drogę Rzuconą, jaki kiedy spoczynek ukoi? PROMETEUSZ Nie wiedzieć o tym lepiej jest dla duszy twojej. IO 700Przynajmniej nie ukrywaj, co mam cierpieć jeszcze. PROMETEUSZ Tej łaski nie odmawiam; jeśli chcesz, obwieszczę. IO Przecz[109] tedy się ociągasz? Mów, z jakiej przyczyny? PROMETEUSZ Nie chciałem cię zatrwożyć, to powód jedyny. IO Nie lękajże się więcej, niźli ja się trwożę. PROMETEUSZ 705Chcesz tego, więc posłuchaj! Wszystko ci wyłożę. PRZODOWNICA CHÓRU Nie jeszcze… Racz i naszej pofolgować woli: Niech ona nam opowie o dzisiejszej doli, A skoro to się stanie, ty uczyń jej zadość I wyjaw, co ją czeka: smutek, czy też radość. PROMETEUSZ 710O Io, twą to sprawą nie odwracać lica Od próśb ich, wszak to siostry twojego rodzica[110] A zresztą czyż nie dobrze[111] na swe losy wraże[112] Pożalić się słuchaczom, którym płakać każe Współczucie razem z tobą, cierpieć razem z tobą? IO 715Nie mogę się nie poddać, dzielę się żałobą — Słuchajcie więc, opowiem, chociaż wstyd mnie ściska, Że muszę się do tego przyznać pośmiewiska, Do klęski, którą Bóg mnie tak sromotnie płaci, Każący w tej zmienionej błądzić mi postaci. 720Co nocy mą dziewiczą zwiedzały komnatę Ułudne sny i, w słowa pokusy bogate, Mówiły: „Hej! Dlaczego, dziewico szczęśliwa, Twój żywot tak ci długo w dziewictwie upływa, Gdy oto najświetniejsze czeka cię zamęście? 725Ukłuty strzałą żądzy, Zeus chce dać ci szczęście, Podzielić pragnie z tobą jego miłość boża Kiprydy rozkosz[113]! Dziewczę, nie odpychaj łoża, Na łąki spiesz lernejskie[114], bujną tchnące krasą, Na trawy, gdzie się stada twego ojca pasą — 730Tam widok twój niech oczy nasyci Zeusowe…”. Sny takie opadały mą nieszczęsną głowę Co nocy, aże wreszcie nabrałam śmiałości, By wyznać przed rodzicem, jakich miewam gości. Do Pyto i Dodony słał ci mnogie posły[115] 735Mój rodzic, by mu stamtąd wiadomość przyniosły, Co czynić, co ma mówić, chcący[116] przyjaźń bogów Zachować po dni swoje. Od świątynnych progów Wracali ci wysłańce, przynosząc wyrocznie Niejasne, zagadkowe. Lecz Inach nie spocznie, 740Dopóki wyraźnego nie zyszcze[117] rozkazu, Ażeby mnie za próg swój wypędził od razu, Za krańce swej dziedziny: na okrajach ziemi[118] Mam tułać się, tak słowy rzekł mi okrutnemi, Bo jeśliby nie wygnał, jest ci[119] Zeus na niebie, 745Co gromem swym ród cały w popiele pogrzebie. Posłuszny wyrocznemu parciu Loksyjasza[120], Z rozpaczą mnie, rozpaczy pełną, precz wypłasza: Przemocy uległ bożej, bo komuż to sprostać Wędzidłu Zeusowemu? W te tropy ma postać 750Zmieniła się i duch mój; z rogami na czole — Spojrzyjcie, jak wyglądam! — popędziłam w pole, Szaleństwa żądłem kłuta. By[121] podmuch zawiei, Do wzgórz mknęłam lernejskich, do źródlisk Kerchnei, A za mną, w trop śledzący wszystkie moje kroki, 755Biegł Argos, pasterz wołów, syn ziemi stuoki — Odebrał ci[122] mu życie los niespodziewany[123], Lecz ja się błąkać muszę. Tak z łanów na łany Bogini mściwym biczem bez tchu mnie popędza! Słyszałeś teraz wszystko, wiesz, jaka ma nędza, 760Więc jeśli możesz wskazać, co jeszcze mnie czeka, To mów — lecz tylko prawdę! Litości daleka Niech będzie twoja wieszczba. KłamstwoNajgorszej boć[124] znamię Choroby, jeśli słowo w naszych uściech kłamie. CHÓR Ach, ach! Umilknij! Stój! 765Ach! Przenigdy, przenigdy mój Nie myślał duch, Że mi się takie niesłychane słowa Wrażą gdykolwiek w słuch. 770Ból, męka, rozpacz, strach Miecz dla mnie kowa[125]! Miecz, obosiecznie ostrzony, Pierś mi przeszywa! O dolo nieszczęśliwa! 775O dolo! Ty dolo Iony! PROMETEUSZ Za wcześnie pełnaś trwogi, jęczysz wniebogłosy, Poczekaj jeszcze końca, przyszłe poznaj losy. PRZODOWNICA CHÓRU Mów, poucz! Rad jest chory, jeśli wczas[126] się dowie, Co spadnie na to jego skołatane zdrowie. PROMETEUSZ 780Bez trudu wasze pierwsze spełniłem żądanie — Już wiecie, coście chciały; sama o swej ranie Mówiła wam okrutnej, teraz ja wam w szczerej Wyjawię opowieści, jakie ją z rąk Hery Czekają jeszcze trudy. Córko Inachowa, 785Dziewico, wraźże sobie w serce moje słowa, Byś stała się świadoma swej tułaczki końca: Nasamprzód więc, zwrócona ku wschodowi słońca, Przebiegniesz ugorzyska, kraj pusty i dziki, Aż dotrzesz, gdzie skityjskie bitne koczowniki, 790W dalekonośne łuki zbrojne, mają z łozy Plecione kosze-strzechy, rzucone na wozy. Ty do nich się nie zbliżaj, lecz pędź jak najżwawiej Wzdłuż brzegu[127], co się w szumach morskich głębin pławi. Po lewej Chalybowie mieszkają, kowale[128]. 795Lud srogi, gościnności nieznający wcale — I tych unikać trzeba. W tej drodze dalekiej, Do słusznie tak nazwanej Rwistej dojdziesz rzeki, Lecz nie myśl o przeprawie — nikt jej nie przepłynie — Dopóki na najstromszej nie staniesz wyżynie, 800Na szczycie góry Kaukaz, skąd właśnie ta rzeka W szalonych, rozhukanych bałwanach ucieka. Przebywszy gwiazdosiężne wierzchoły, na stoki Zawrócisz południowe, aż chyże twe kroki Wypoczną śród Amazon mężowrogiej rzeszy[129], 805Co ma śród temiskirskich zamieszkać pieleszy[130], Około Termodontu[131], gdzie w morskiej rozścieży Zdradliwa Salmidessu[132] opoka się jeży, Nieprzyjaciółka statkom, macocha żeglarzom. Tu one ci przechętnie dalszą drogę wskażą: 810Ku bramie dojdziesz morskiej, ku wąskiej cieśninie Kimeryjskiej[133], byś potem, gdy tę krok twój minie, Meocką[134] przepłynęła zatokę — przeprawa, Skąd wielka u śmiertelnych wyrośnie ci sława, Zaś przesmyk ten na wieki będzie od tej doby 815Bosporu miał nazwisko[135]. Takimi sposoby, Rzuciwszy Europę[136], wraz powitasz kraje Azyjskie… Ha! Powiedzcie, jakżeż wam się zdaje? Azali[137] władca bogów nie jest ci[138] jednaki Gwałtownik w wszelkiej mierze? Na obłędne szlaki 820Wypędził tę śmiertelną, z którą chciał się wprzódy W miłosnym spleść uścisku, na nędzę i trudy! O, gorzki to zalotnik! Coś tu usłyszała, Ma dziewko, mąk to twoich li[139] przygrywka mała. IO PROMETEUSZ 825Co? Łkasz i jęczysz znowu? A cóż koniec zada Twym płaczom, skoro dalsze klęski ci obwieszczę? PRZODOWNICA CHÓRU Więc pragniesz jej wyjawić i coś więcej jeszcze? PROMETEUSZ Tak! Bólów niesłychanych rozburzone morze! IO Ach! Po co żyję nadal? Po co tak się trwożę, 830Miast[140] rzucić się co prędzej z poszarpanej grani I męki swej się zbawić w przepastnej otchłani? Nie lepiej to raz umrzeć, skryć się w grobu głuszę, Niżeli co dzień znosić bezmierne katusze? PROMETEUSZ A jakżebyś ty zniosła te ciężkie brzemiona, 835Gniotące mnie, skazańca, co nigdy nie skona? Nie dla mnie śmierć, jedyna szczera zbawicielka; Zakończy się zaś wówczas ma niedola wszelka, Gdy Zeus swe nad bogami straci panowanie. IO Azali[141] stracić może? Kiedyż to się stanie? PROMETEUSZ 840Już widzę, jak ogromne czułabyś rozkosze. IO Jakożby nie? Przez niego te cierpienia znoszę. PROMETEUSZ A zatem wiedz, że wnet się ta godzina zbliży. IO Któż berło mu wytrąci? Któż go tak poniży? PROMETEUSZ On sam, przez nieroztropne, zuchwałe zamiary. IO 845Mów, jeśli się nie lękasz jakiej nowej kary. PROMETEUSZ Przez śluby marnie zginie, przez małżeńskie śluby. IO Bogini czy ziemianka sprawczynią tej zguby? PROMETEUSZ Na próżno mnie się pytasz, tegoć[142] nie wyjaśnię. IO Przez żonę więc królewska jego władza zgaśnie? PROMETEUSZ 850Silniejszy, niźli ojciec, syn mu się narodzi. IO Odwrócić nikt nie zdoła ciosu, co weń godzi? PROMETEUSZ Ja tylko, gdy opadną ze mnie te okowy. IO Któż może cię uwolnić wbrew woli Zeusowej? PROMETEUSZ Wiedz: jeden z twych potomków zdejmie te obroże. IO 855Co mówisz? A więc syn mój wybawić cię może? PROMETEUSZ Potomek w rodzie trzeci po innych dziesięciu. IO Zagadka to zbyt ciemna mojemu pojęciu. PROMETEUSZ Dlatego przestań pytać o swe dalsze znoje. IO Przyrzekłeś, nie odmawiaj, spełnij prośby moje. PROMETEUSZ 860Z dwóch spraw ja tylko jednę[143] chcę wyłuszczyć tobie. IO Więc pozwól mi wybierać i wymień je obie. PROMETEUSZ Wybieraj: o czym mówić? O twej przyszłej doli, Czy o tym, kto mnie z ciężkich tych kajdan wyzwoli? PRZODOWNICA CHÓRU O jednym tę objaśnij, zasię drugą sprawę 865Mnie wyłóż. Jej twe słowo oznajmi łaskawe, Na jaki jeszcze pójdzie tułaczy manowiec, A mnie, kto cię uwolni — o to błagam — powiedz. PROMETEUSZ Jeżeli tak pragniecie, przeto niech tak będzie, Niczego nie zataję w tym i tamtym względzie. 870Wprzód, Io, twych wędrówek odsłonię ci nędzę — A wszystko to głęboko zapisz w ducha księdze: Przebywszy wpław cieśninę dzielącą dwa lądy, Masz rzucić się w nurt morza, w rozplenione prądy, Gdzie słońca wschodzącego palą się płomienie, 875Dopóki w gorgonejskiej nie spoczniesz Kistenie! O kształtach tam łabędzich trzy Forkisa córy Mieszkają, pogrążone w wieczny mrok ponury. Tym strasznym, jednookim, jednozębnym tworom Ni słońce nie przyświeca, ni też nocną porą 880Księżyca krąg, srebrzystą siejący poświatę. Tuż obok wężowłose trzy siostry, skrzydlate Gorgony[144], nienawiścią żyjące do ludzi; — Na widok ich — śmiertelnym krew się w żyłach studzi: Tych strzeż się, to ci mówię! Również dla przestrogi 885O jednym jeszcze wspomnę, o sforze złowrogiej Psów Zeusa, ostrozębnych, niemych gryfach[145]. Dalej Unikaj Arimaspów[146] jezdnych, co u fali Błękitnej Plutonowej harcują. Na krańce Ziemicy potem dojdziesz, gdzie czarni mieszkańce 890Źródliska Heliosowe[147] oblegli, skąd bierze Początek rzeka Ajtiops[148]. Na jego wybrzeże Miej oko, aż nie dotrzesz hen ku wodogrzmotom[149], Gdzie z szczytów wzgórz Byblosu[150] swoją falę złotą Przelewa święty Neilos[151]. Wybrzeżami swemi 895Zawiedzie on cię potem do trójkątnej ziemi[152] Neilotis. W tym dalekim kraju, o Iono, I tobie, i twym dzieciom osiąść przeznaczono[153] Jeżeli w moich słowach widzisz jakie ciemnie, Zapytaj, a o wszystkim dowiesz się ode mnie, 900Boć wczasu[154] mam tu więcej, niż wytrzymać mogę. PRZODOWNICA CHÓRU Już wszystkoś jej powiedział na tułaczą drogę? Czyś może co zapomniał? Jest co do dodania, To dodaj, a zaś język twój niech się nie wzbrania I nam wyświadczyć łaskę. Pomnisz, o czym mowa. PROMETEUSZ 905Zna całą swą wędrówkę. A że się nie chowa Kłamliwość w mojej wieszczbie, więc jej dla pewności Przytoczę, jakie dotąd przebiegała włości, — Tym stwierdzę wróżb mych prawdę. Lecz, aby nie wielu Używać słów, od razu zwrócę się do celu 910Jej drogi. Skoroś przyszła do równin Molossy[155] I świętych wzgórz Dodony[156], tak cię dębów głosy, Zeusa tesprockiego spełniając wyrocznię, Przyjęły jasną mową — cud ci to widocznie Przedziwny, niesłychany — jako pełną chwały 915Oblubienicę boga: czyż ci się nie zdały Pochlebstwem te ich hołdy? Stamtąd wzdłuż wybrzeży, Przez gza kąsana, biegłaś ku miejscom, gdzie leży Zatoka wielka Rei[157], by potem, śród burzy Pędząca, tu się w znojnej zatrzymać podróży. 920Lecz wiedz, że od tej pory kąt owej topieli Nazwano Morzem Jońskim[158], aby ludzie mieli Pamiątkę twej tułaczki. Niechaj ci to będzie Dowodem, iże duch mój w swym wieszczym zapędzie Odkrywa, co innemu zakryte jest oku… 925Teraz, do pierwotnego powracając toku, Wyłuszczę już wam razem los jej ostateczny. Na samych kresach ziemi, w krainie nadrzecznej, Gdzie Neilos ma swe ujście, jest gród, co się zowie Kanobos[159]. Tam ci Zeus powróci już zdrowie, 930Łagodną pogłaskawszy cię dłonią; tam, w onej Dziedzinie, znów odzyskasz rozum utracony Za jego li dotknięciem; przez nie się też z ciebie Epafos zrodzi[160] czarny, co będzie na glebie, Neilosa nurtem zlanej, owoc zbierał mnogi. 935Lecz piąte pokolenie rzuci te rozłogi. — Pięćdziesiąt młodych dziewic niechcących małżeństwa[161] Z stryjeczną swoją bracią, od tego krewieństwa Ucieknie, wbrew swej woli, do Argos. Za nimi Popędzą jednak tamci, jak skrzydły[162] lotnymi 940Sokoły gonią stado gołębi. Zdobyczy Nieprawnej przedsię Bóg im tutaj nie użyczy, Zazdroszcząc im ciał dziewic: w Pelasgji polegną, Albowiem gdy ich żądze niewczesne rozżegną, Powali ich wnet czujna bezsenność odwagi: 945Niewiasty we krwi mężów zrumienią swój nagi, Dwusieczny miecz! Niech Kypris[163] tak mych wrogów kładzie! Lecz jedna z owych dziewczyn nie stanie na zdradzie Swojemu kochankowi. Miłością wiedziona, Pozwoli się przebłagać i ducha mu z łona 950Nie wydrze: jedno z dwojga wybiera, chce raczej, By zwano ją niewiastą, którą słabość znaczy, Niżeli morderczynią. Z niej się też narodzi Królewskie plemię Argos. Lecz by w słów powodzi Nie gubić się, toć rzekę: Przesławny wyrośnie 955Z twojego szczepu łucznik, mąż, który miłośnie Uwolni mnie z tych cierpień. Oto wróżba wielka! Temida mi ją dała, moja rodzicielka, Tytanka praodwieczna. A jak się to stanie I kiedy? Próżne słowa, czasu nie ma na nie! IO 960Ojej! Ojej! Ojej! Żar na mnie bije! Płomienieję! Szaleństwo wżera się w mózg, Rozum mój sczezł[164]! Ognisty mnie siecze giez! 965W znękanej piersi mej Strwożone serce się tłucze Bez tchów! Bez tchów! Źrenice krwawy zasłania mi bluzg! Uciekam! Pędzę! 970Precz za mej drogi koleje Burze rzucają mnie krucze! Język kołczeje[165], Zwichrzonych zamęt słów O straszną rozbija się nędzę! Wybiega. STASIMON 3 CHÓR 975Mędrzec to, mędrzec olbrzymi, Co pierwszy rozważył w swej duszy I pierwszy tę myśl zamknął w słowa, Że w związku li równych z równymi Szczęście się chowa! 980Więc jeśli uniknąć masz zguby, Nie chcesz się spotkać z zawodem, Nie wchodź przenigdy w śluby Z tym, co bogactwem się puszy, Albo się chełpi swym rodem. 985Nigdy, przenigdy, o, proszę, Nie dajcie mi, Moiry, by kiedy Miał Zeus mnie przywołać w swe łoże! I z innym też z niebian rozkosze Dzielić się trwożę! 990Bo jakiż to ból we mnie wzbiera Na widok dziewicy Iony! Okrutnie zamęcza ją Hera, Na nowe skazuje wciąż biedy, Choć przez nią bóg odszedł wzgardzony. 995Gdy równa z równym połączą swe dłonie, Związku się tego nie boję. Niechaj więc żądzą ku bogom nie płonie To oko moje. Wszelka tu walka daremną, 1000Bezbronna będę w obronie, Koniec już ze mną! Gdy Zeus zapragnie, Wolę mą nagnie, Przed nim się nie ostoję! EXODOS SCENA 1 PROMETEUSZ, PRZODOWNICA CHÓRU PROMETEUSZ 1005A jednak przyjdzie chwila, że ten władca boży, Choć tak jest dzisiaj dumny, głowę swą ukorzy, Albowiem postanowi takie zawrzeć śluby, Co z tronu go powalą, strącą w przepaść zguby. Wypełni się naonczas klątwa jego ojca, 1010Kronosa, którą wyrzekł, gdy z niebios ogrojca Przemocą był wypędzon. Jakby mógł, zwycięski, Uniknąć tej niechybnej a sromotnej klęski, Nikt z bogów tego nie wie, oprócz mnie jedynie — Ja środki znam ku temu. Na swojej wyżynie 1015Niech sobie więc króluje, niech wierzy, zuchwały, W swe gromy napowietrzne, w swe płomienne strzały. Już nic go nie ocali, nic go nie powstrzyma — W haniebną runie przepaść! Strasznego olbrzyma Gotuje przeciw sobie, cudo niezmożonej 1020Potęgi! On ci iskrę rzuci w nieboskłony, Jaśniejszą od błyskawic, on stworzy łoskoty, Co hukiem swym zagłuszą piorunowe grzmoty. On mocy swej doświadczy nawet na trójzębie, Na berle Posejdona, które morza głębie 1025Rozburzą i przestrachem w krąg napełnią lądy. Przekona się naonczas Zeus, co znaczy rządy Mieć w ręku, a co w kaźni jęczeć służebniczej. PRZODOWNICA CHÓRU Z życzeniem twego serca twa groźba się liczy. PROMETEUSZ Nie! Z prawdą! Acz przyznaję: mam takie życzenie. PRZODOWNICA CHÓRU 1030Więc będzie ktoś, co Zeusa strąci w mrok i cienie. PROMETEUSZ O, stokroć większych jeszcze doczeka się znoi[166]. PRZODOWNICA CHÓRU Twe serce czyż się słów tych bluźnierczych nie boi? PROMETEUSZ Ja — bać się!? Ja, co nigdy nie złożę się w grobie!? PRZODOWNICA CHÓRU Lecz bole jeszcze krwawsze może sprawić tobie. PROMETEUSZ 1035Niech sprawi! Mną już żadne męki nie zachwieją. PRZODOWNICA CHÓRU Ten mędrcem, kto się kornie godzi z Adrasteją[167]. PROMETEUSZ Czcij, módl się, schlebiaj, klękaj przed kata obliczem! Lecz dla mnie moc Zeusa jest już dzisiaj niczem. Niech sierdzi się do woli, niech się władzą mami, — 1040Niedługo, a utraci berło nad bogami. Lecz patrzcie! Oto ku nam poseł Zeusa bieży[168], Tyrana-samodzierżcy służka ci[169] to świeży, Zapewne coś mi całkiem nowego obwieści. SCENA 2 PROMETEUSZ, HERMES HERMES Do ciebie ja przychodzę, ty, co z bożej cześci 1045 Igrzysko uczyniwszy, przez miłość dla człeka Zostałeś ogniokradcą! Niechżeć już nie zwleka Twój język, arcygorzki mądralo, w tej porze Wyjawić, jaki związek z rąk wytrącić może Naszemu rodzicowi świętą jego władzę? 1050Bo wszak się tym przechwalasz! Dlatego ci radzę, Wytłumacz mi się jasno, bez żadnych zagadek, Nie zmuszaj mnie tu wracać. Sam ci[170] jesteś świadek, Że Zeus się niezbyt gładko z takimi obchodzi. PROMETEUSZ Wyniosłe twoje słowa i butne! Ja — złodziej, 1055Odpowiem: tak przystało mówić służalcowi! Na nowy dzisiaj sposób rządzicie wy, nowi Bogowie, niemyślący, że się w gruz rozwali Grodziszcze waszej mocy królewskiej. Azali Tyranów dwóch ginących[171] nie miały me oczy 1060Przed sobą? Teraz ujrzą, jak się trzeci stoczy Sromotnie i niebawem! Mniemaszli[172], że z trwogi Pokornie zechcę sławić twoje nowe bogi? Dalekim ci[173] od tego, daleki! Ty zasię Uciekaj, skąd przyszedłeś, w jak najprędszym czasie! 1065Niczego się nie dowiesz ode mnie zaiste! HERMES Twój upór tu cię wtrącił, twe cię oczywiste Bluźnierstwa do tej strasznej przystani zawiodły. PROMETEUSZ Jać[174] wolę me nieszczęście od twej służby podłej, — Wiedz o tym, mego losu na twój nie zamienię! HERMES 1070Przykutym być do głazu we większej masz cenie, Niż wierną pełnić służbę u ojca Zeusza. PROMETEUSZ Tak bywa, że pogarda do wzgardy nas zmusza. HERMES Za szczęście więc uważasz tę swoją niedolę? PROMETEUSZ Za szczęście? Takie szczęście niech zmiażdży w swym kole 1075Mych wrogów! Rad i ciebie ujrzałbym w tym stadzie. HERMES Więc język twój i na mnie jakąś winę kładzie? PROMETEUSZ I owszem. Nienawidzę wszystkie bogi twoje, Że takie mi za dobroć zgotowały znoje. HERMES Niemała snadź[175] choroba mocuje się z tobą. PROMETEUSZ 1080Tak, jeśli nienawidzić wrogów jest chorobą. HERMES Któż z tobą by wytrzymał, gdybyś był przy zdrowiu? PROMETEUSZ HERMES Zeus nie słyszy; wołasz na pustkowiu. PROMETEUSZ CzasWe wszystkim nas pouczy czas, gdy idzie w lata. HERMES 1085Jak dotąd, mądrość twoja wcale nie bogata. PROMETEUSZ Zapewne! Nie gadałbym z parobkiem daremnie! HERMES Nie powiesz, o co ojciec pyta się przeze mnie. PROMETEUSZ A jużci! Na tę łaskę wszakże on zasłużył! HERMES Co? Będziesz mnie, jak chłopca nieletniego, durzył[176]? PROMETEUSZ 1090Nie jesteśże[177] ty głupszy od chłopca, jeżeli Sądziłeś, że ci tego język mój udzieli? Chytrości nie ma takiej, ni takiej katuszy, By Zeus mógł to wyznanie wycisnąć mi z duszy, Dopóki mnie z tych więzów nie zwolni! W swym domie[178] 1095Siedzący napowietrznym, niechaj na mnie płomię[179] Ogniste rzuca z góry; śniegowe szarugi Czy wstrząsające ziemią gromy, jego sługi, Niech wszystko w proch roztrącą, rozniosą, zdruzgocą, Mnie zasię[180] i największą nie przynagli mocą, 1100Ażebym miał powiedzieć, kto go z tronu zwali! HERMES O rozważ, czy ten hardy upór cię ocali? PROMETEUSZ Już wszystkom ja rozważył[181] i zarządził. HERMES Nieba! Zastanów się, szaleńcze, zastanów, jak trzeba 1105Rozsądku, aby wiedzieć, co dobre, co szkodzi. PROMETEUSZ Poprzestańże mnie topić w pustych słów powodzi! Wiedz o tym, że mnie żadna nie przymusi trwoga, Bym miał nienawistnego zaklinać tu Boga, Bym, tchórz najostatniejszy, załamywał ręce 1110Niewieścim obyczajem i żebrał, aż męce Tych więzów kres położy!… Nie moją to rzeczą! HERMES Na próżnom tyle mówił; snadź[182] już nie wyleczą, Nie zmiękczą cię me prośby! Jak ten rumak młody, Raz pierwszy zaprzągnięty, rozbijasz przeszkody, 1115Wędzidło gryziesz, dęba stajesz i, niesforny, Rwiesz lejce poza sobą. Buntownik, KaraLecz duch twój przekorny Omamion: nie jest siłą upór, jeśli straży Rozsądku nie podlega! Niech serce twe zważy, Na jakie będziesz jeszcze wystawion wichury, 1120Na jaką falę cierpień, jeżeli tak z góry Odrzucasz moją radę! Śród łyskań i gromów Zeus strzaska tę opokę na kawały złomów, Zaś postać twą nieszczęsną okrutnie pogrzebie W otchłannym, pełnym mroków nieprzebytych żlebie. 1125A światło kiedy ujrzysz znów po długim czasie, Wnet Zeusa pies skrzydlaty, orzeł, co się pasie Krwi strawą, na kęs ciała twego wraz się rzuci I będzie, nieproszony gość, w żarłocznej chuci Codziennie się skradając, twą czarną wątrobą 1130Straszliwy głód swój sycił. A końca już z tobą, Znoszącym takie męki, nie będzie dopóty, Dopóki się nie zjawi bóg, co, twojej lutej Męczarni pragnąc ulżyć, zejdzie w Hadu ciemnie, W czeluścię Tartarową. To wiedząc przeze mnie, 1135Zastanów się! Nie zmyśla mój język, nie trwoży Groźbami, mówi prawdę! Wszakże wardze bożej Zeusowej kłamstwo obce; ziści się, co powie. Więc rozważ to, roztrząśnij dobrze w swojej głowie, Ażebyś wreszcie doszedł do myśli tej wątku, 1140Że upór nie powinien być panem rozsądku. PRZODOWNICA CHÓRU Zda mi się Hermes słuszną wypowiedział radę: Chce, iżbyś rzucił upór i bezpłodną zwadę. Posłuchaj, niech się duch twój roztropnością rządzi, Albowiem wstyd to wielki, jeśli mędrzec błądzi. PROMETEUSZ 1145Dawno mi znana tej nauki treść! Jeżeli wróg mu szarpie jego cześć. Niechże naciągnie swój płomienny łuk, Dwuzębnym berłem niech godzi w mój kark! 1150Od jego grzmotów niechaj zadrży w krąg Ogrom powietrza! Niech zerwie się wark[184] Wichrów szalonych! Chciwe krwawych mąk, Niech rozpętają złość swą stada burz, Ziemię na strzępy niech starga ich szpon! 1155Niech się zakłębią głębie wszystkich mórz I fale miecą[185] aż po gwiezdny skłon! Niech mnie w Tartaru czarną strąci noc, Na Konieczności twarde rzuci łoże, — Przecież mnie jego rozwścieklona moc 1160Całkiem uśmiercić nie może! HERMES Oto szaleństwa niechybnego znak — Wyniosła pycha przebluźnierczych słów! Do obłąkania cóż ci jeszcze brak? Jakbyś się sprawiał, wyswobodzon? Mów! 1165A wy, dziewice, którym jego błąd Rozbudza w sercach miłosierdzia zdrój, Jak najpośpieszniej uciekajcie stąd, Zanim żywiołów rozpocznie się bój. Albowiem zamęt błyskawicznych rózg, 1170Nawała grzmotów i gromów w przestworze, Łatwo zamąci przerażony mózg, Do szału przywieść was może! CHÓR Innych, Hermesie, udzielaj mi rad, Jeśli chcesz we mnie mieć posłuchu dość! 1175Wszak do haniebnych nakłaniasz mnie zdrad, W słowach się twoich nędzna kryje złość. Lecz nie uwiedzie mnie twój lichy kłam! ZdradaCierpieć z nim razem będę aż po wiek, A zaś dla zdrajców tylko wzgardę mam. 1180Obyś się zbrodni tej na zawsze strzegł, Bo z wszystkich chorób, które zsyła los Na tego świata nieszczęsne rozdroże, Cóż ponad zdrady niespodzianej cios Ohydniejszego być może? HERMES 1185O, bądźcie pomne, o to błagam was, Tych słów życzliwych, co padły z mych warg, Byście, gdy Doli[186] pojawi się czas, Nie uciekały się do pustych skarg, Byście nie rzekły, że was niebios król 1190Znienacka strącił w ten nieszczęścia dół! Nie! Z waszej winy spadnie na was ból! Że nierozsądek tak wam ducha skuł. Dola w swą wielką uwikła was sieć: Wszak wyjawiłem wam zamiary boże, 1195Byście się mogły na baczności, mieć, — Rozum li[187] zbawcą być może! Znika. Błyskawice. Gromy. Tumany kurzu. Trzęsienie ziemi. PROMETEUSZ Oto się słowo zamienia już w czyn, Ziemia się trzęsie w krąg! Obłoków czarny zwał 1200Rozdziera łysk i grom! Orkanny[188] szaleje młyn, Burze prą śladem burz, Złom się rozbija o złom, Kłębami zrywa się kurz 1205Z lecących w przepaście skał! Wyją wichury, W zamęcie mąk Strop się już zlewa ponury Z smaganą głębią mórz, 1210Strasznie zwichrzoną aż do dna Oto się spełnia już Wyrok, co na mnie padł Z Zeusowych rąk! Spojrzyj, o matko czcigodna, 1215Na moje leże! Spojrzyj, jak cierpi twój syn! O ty, Eterze, Co światłem zapładniasz świat[189] Patrz, jakie muszę 1220Bezprawne znosić katusze! Zapada się w głąb ze skałą i z chórem Okeanid.
Porównaj obraz Boga zawarty w Księdze Hioba i Księdze Psalmów. Jakie przesłanie dotyczące relacji człowieka ze Stwórcą zawiera każde z nich ? Księgę Psalmów i Księgę Hioba łączy takie same przesłanie Bóg jest doskonałym Stwórcą świata, jego wyroki i mądrość nie może być oceniana przez człowieka. Ludzie nie są w stanie pojąć mądrości Najwyższego , ani tajemnicy niezawinionego cierpienia. Psalmy zawierają charakterystyczne dla Starego Testamentu relacje między człowiekiem a Bogiem. Człowiek jest przedstawiony jako słaby i potrzebujący wsparcia, jest też w pełni świadomy swoich niedoskonałości. Wyraża się ona w pokorze, z jaką odnosi się do Boga. Psalmy mają różny charakter, ale przeważają dziękczynne i błagalne. W Psalmie 130 człowiek błaga Boga o wysłuchanie, łaskę w przebaczeniu grzechów. Człowiek zdaje sobie sprawę, że postępuje źle, prosi Boga o darowanie win. ,, Ale Ty udzielasz przebaczenia, aby Ci służono z bojaźnią ‘’. Z kolei w Psalmie 144 człowiek zdaje sobie sprawę, że Bóg jest największym jego sprzymierzeńcem, doradcą o dobroczyńcą. Oczekuje od Boga wszelkich łask w życiu doczesnym oraz odkupienia win po śmierci. Bóg jest ,, Dobroczyńcą jest moim i twierdzą moją , wieżą moją obronną, tarczą moją ''. W Księdze Hioba przedstawiona jest inna wizja Boga, nie jest pokazany jako doskonały Stwórca świata, pełen łask dla ludzki dobroczyńca. Przeciwnie zadziwia swoim okrucieństwem i bezwzględnością zadając cierpienia bogobojnemu Hiobowi. W księdze pokazany jest problem cierpienia i sprawiedliwości. Hiob swoim prawym życiem oraz bezgranicznym posłuszeństwo Bogu nie zasłużył z punktu widzenia człowieka na nieszczęścia, jaki e na niego zesłał Bóg. Stwórca w sporze z szatanem musi odpowiedzieć na zarzut, że bogobojność Hioba nie jest bezinteresowna, przecież wiedzie dostanie życie wśród kochającej go rodziny. Czy rzeczywiście Hiob jest w swoim postępowaniu interesowny ? Bóg poddaje próbie Hioba, przy okazji człowiek dowiaduje się, że nie jest w stanie zrozumieć boskich wyroków. Bóg pokazuje swoją wyższość nad człowiekiem, ale też udowadnia, że potrafi być bezlitosny. Hiob nie może domagać się do Boga sprawiedliwości, bo to dowód jego pychy i ułomności. Bóg jak Stwórca świata jest nieodgadniony w swojej mądrości, człowiek nawet nie powinien myśleć o podważeniu jego wyroków. Wizja Boga w Księdze Psalmów oraz Księdze Hioba znaczenie różnią się, w pierwszym biblijnym dziele jest symbolem dobrości, mądrości stworzenia, łaskawości, staje się ostoją słabego człowieka. W Księdze Hioba jawi się jako bezwzględny władca , poddający próbie człowieka, trudno znaleźć miłosierdzie w jego działaniu obecne w psalmach pochwalnych czy błagalnych.
prometeusz w oczach bogów jaki jest